anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

No i nadal przed porodem. Wczoraj wybrałam się do lekarza żeby przedłużyć zwolnienie i gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę to aż się uśmiechnęłam. Nadal jestem na wylocie bo podobno już 3cm rozwarcia pretenduje wiele kobiet do tego że już się rozkulało na dobre. A u mnie? Co prawda nie czuję się komfortowo ale cały dzien jestem aktywna (właśnie dzisiaj skończyłam akcję prania i prasowania wszystkich firan i zasłon).
No ale wracając do lekarza z racji ostatniej wizyty i wyliczeń że dzidziuś ma już 4kg pan doktor postanowił sprawdzić jak się ma sprawa teraz. No i wyszło co? przy wyliczaniu okazało się że wychodzi POZA SKALĘ! Kurcze blade, trochę mi się słabo zrobiło nie powiem. Po powtórnym sprawdzeniu wagi wyszło że Karolinka (tak tak, Mateusz ciągle nas poprawia że to nie jest Kamilka ale Karolinka więc chyba zaczynamy się do tego przyzwyczajać) ma już 4,5kg żywej wagi. Boże Jedyny. To dziecko nie ma wogóle ochoty wychodzić na świat! Czy ja ją mam nosić do 18tego roku życia?
Czuję się powoli tak jabym miała być w ciąży do końca swoich dni. Każdy mnie pyta kiedy a jak mówię że już po terminie to ze zdziwieniem patrzy że jeszcze chodzę, załatwiam wiele spraw i generalnie przygotowywuję się do piątkowej ewakuacji do nowego gniazdka. Myślałam że Maciej sam przewiezie te parę gratów ale widzę że nie ominie mnie ta przyjemność mu towarzyszenia i pewnie noszenia co lżejszych rzeczy. A tak się cieszyłam że pójdę do szpitala i nie będę musiała w tym uczestniczyć bo to zawsze zamęt i okropne zmęczenie.
***
Parę dni temu wypatrzyłam 4h serię BBC na płytach „Walking with Dinasours”. Z racji Mateusza fascynacji tymże problemem dokonałam tego zakupu i teraz muszę z nim siedzieć i dokształcać się o Diplodokach i innych Sauropodach (na razie jeszcze znam polskie nazwy tych dinozaurów bo w dzieciństwie mój braciszek Tomek też miał etap fascynacji tymi stworami więc trochę mi w głowie zostało. Gorzej jak przejdziemy do trudniejszych tematów). Film jest fanstastycznie zrobiony, ogląda się go jak prawdziwy film przyrodniczy i nigdy bym nie powiedziała że jest zrobiony komputerowo. Brawo BBC!

Matka Polka?

2 komentarzy

Dziś mam nadzieję że już mnie coś chwyci. Z rana przyjechała przyjaciółka szukając pomocy i rękawa do wypłakania się. Załatwiłam jej kogoś kompetentnego do pomocy (świetnego psychologa), wysłałam od razu do niego a sama zaoferowałam się popilnować dzieci. W międzyczasie wzięły mnie skurcze ale na tyle lekkie że można z tym żyć wiele dni. Tak czy owak moja psiapsiółka przyjechała wcześniej niż się spodziewałam więc odstawiłam bieg stulecia po Mateusza do przedszkola a ją zostawiłam z dzieciakami w domu. Jak Mateo dowiedział się że przyjechała do niego ferajna to przybiegł do domu jeszcze szybciej w skutek czego chyba pobiłam kolejny rekord.
Ale najweselej będzie jeśli naprawdę złapią mnie skurcze i trzeba będzie jechać na porodówkę. No ale do tego abym je miała co 3-4 min to mam jeszcze daleko więc chyba psiapsiółka zdąży wrócić co? Na razie dzieciaki bawią się konikami w drugim pokoju a ja powoli czekam na kolejne skurcze. Ale jazda mówię wam – trójka dzieci + skurcze.

No a ja nadal w jednym ciele. Dzisiaj po południu miałam małą zalamkę bo pół nocy nie spałam z powodu bóli mięśni nóg (swoją drogą to najgorszemu wrogowi tego nie życzę), potem na obiad zmusiłam się do kawałka mięsa i skutek był od razu widoczny – bolący żołądek oraz okropne mdłości przez parę godzin. Kropelka zdominowała zupełnie moje nawyki żywieniowe. Dobrze że chociaż kwas chlebowy wczoraj mi smakował bo miałam taką ochotę na niego że od razu dorwałam się do butelki i pod wieczór nie było już nic.
***
Dzisiaj kolejne pakowanie – już właściwie prawie wszystko jest w kartonach a my żyjemy na „walizkach”. Nie jest to najłatwiejsze i mam nadzieję że w miarę szybko pojadę na porodówkę aby potem wrócić już do nowego mieszkania. No nic, do końca miesiąca mieszkamy tutaj bo Mateo ma załatwione przedszkole a potem przenosiny pełną parą. Boję się tego ale i cieszę bo bardzo tego chciałam.
***
Zaczyna mi brakować sił. Wstaję rano i czuję się tak wypluta jak nigdy wcześniej, to skutek nieprzespanych nocy i problemów z wypoczynkiem. Oby wszystko wróciło do normy po urodzeniu maluszka – chciaż on chyba takim maluszkiem nie będzie przy swoich kilogramach sprzed dwóch tygodni (niezorientowanym przypominam że wtedy wyszło na USG aż 4kg).

No własnie, nadal u mnie a nie u nas.
W poniedziałek w ramach uatrakcyjnienia sobie siedzenia w domu zrobiłam rundę po mieście, narobiłam zakupów, obeszłam całą dzielnicę Jeżyc a potem z trzema reklamówkami oraz pełnym plecakiem pomachałam autobusowi który mi uciekł z przystanku skutkiem czego musiałam iść kolejny kilometr obładowana jak wielbłąd. Po takim wysiłku liczyłam ze coś się ruszy ale Kropelka się całkowicie zblokowała i nie ma ochoty wychodzić. Aaaaa zapomniałam dodać że pod koniec mojego wypadu miałam już ochotę wziąć dywan który kupiłam dla Mateo pod rękę i przywieść go do domu tramwajem. Jednak kobieta w sklepie mnie objechała więc trochę sobie odpuściłam.
Wczoraj czyli w środę zrobiłam podobny wypad do miasta z czego bardzo się cieszę bo udało mi się jeszcze dokupić parę brakujących rzeczy bez których byłoby ciężko się wprowadzić. Pod koniec dnia spakowałam jeszcze Maćka do kartonów, zrobiłam wstępną selekcję tego co mogę dzisiaj spakować, zapełniłam z rana kolejne parę kartoników, nanosiłam się rzeczy na przyczepę no i wogóle się nie oszczędzałam. Teraz siedzę sobie przed kompem z lampką wina w ramach rozluźnienia i czekam aż coś się ruszy. Ale głowę daję że dalej będę w postaci modnego ostatnio „2 w 1″.
Każdy kto mnie spotyka na osiedlu pyta się kiedy a ja mu odpowiadam że już 40 tydzień więc ludzie nie chcą wierzyć że można tak dużo chodzić i tyle robić w takim stanie. Co prawda męczę się szybko ale to kwestia dobrej organizacji czasu.
Nie wspominałam jeszcze że w ramach oczekiwania na poród robię sobie małe przyjemności takie jak Cola czy owoce których nie będę mogła jeśc lub pić po porodzie. Powiem szczerze – Coca Cola jest najlepsza z całej gamy produktów które ostatnio próbowałam. Marzy mi się jeszcze pizza ale miejsce gdzie dają najlepszą pizzę jest dość daleko bo na Łazarzu na wysokości ryneczku więc mam spory kawał – jeśli jutro mnie nie chwyci to może się tam wybiorę na małe co nieco?
Waga stanęła mi w miejscu. Jestem do przodu od 21kg i nie jestem z tego dumna ale nie jem dużo i staram się nie jeść wieczorem no a tak duża dawka ćwiczeń fizycznych chyba powoduje że już nie nabieram kilosów. Będzie trudno ale muszę sobie dać rady i wrócić do normalnego rozmiaru czyli 38.

No to piątek mam za sobą. Rano wstałam pełna werwy i ochoty z postanowieniem że się nie będę wogóle oszczędzać. Szybko z Mateuszem do przedszkola, 3h wyskok na miasto gdzie obleciałam dwa sklepy i rynek oraz zrobiłam spore zakupy które potem musiałam przydźwigać w placaku oraz reklamówce (znowu wyhaczyłam kolejne 3książki, ale będę miala ucztę dla oczu), potem jeszcze szybsze sprzątanie domu, wizyta koleżanki a na sam koniec dnia obiad dla całej rodziny, wyprawa do supermaketu na cotygodniowe zakupy, zrobienie ciasta na następny dzień, wysprzątanie kuchni i zrobienie wielkiego prania. No i skończyłam o 22:30 z przeświadczeniem że nie doczekam już ranka. Rzeczywiście o 2:30 się obudziłam i już więcej nie spałam ale nie z powodu skurczy ale tak jak zwykle, dlatego że dlatego.
Kropelka najwidoczniej postawiła sobie za punkt honoru doczekać do 20 listopada (conajmniej) czyli do pierwszego wyliczonego terminu. Dobrze że w poniedziałek pełnia księżyca, może akurat maluszek poczuje zew i zechce wyjść na świat? Mateo urodził się dzień przed pełnią a następnego dnia szpital pękał w szwach tyle kobiet się zgłaszalo. I jak tu nie wierzyć w takie informacje (nota bene potwierdzone przez Amerykankę która wczoraj mnie właśnie uświadamiała myśląc że tego tutaj nie wiedzą).
***
Czy już wspominałam o mojej wielkiej hodowli muszek owocówek? Otóż te cholery (przepraszam za słowo ale nie umiem już inaczej o nich myśleć) skapnęły się że mam wszystko chowane po szafkach w pojemnikach zamykanych i nijak nie idzie się do tego dobrać więc teraz ostentacyjnie zaraz przy uchwycie tejże szafki robią strajk głodowy czekając aż się nad nimi zlituję. Na razie jestem nieugięta (skutek oglądania Superniani) ale nei wiem jak długo…

Ale mam stres..

1 komentarz

No i wczoraj koło 19 mieliśmy kolejny alarm przygotowywujący do ostatecznej rozgrywki. Do 23 miałam nawet w miarę regularne skurcze ale za rzadkie aby jechać od razu na porodówkę bo tam nie ma ani TV ani wygodnego fotela do bujania – teraz wiem czemu znajomi kupili w ciąży fotel gięty z Ikea, to jest po prostu fantastyczne rozwiązanie. Na dodatek Maciej był totalnie nieprzytomny wieczorem bo wcześnie wstał rano żeby jechać do klienta więc o 22 po prostu odpłynął. Doszłam do wniosku że się położę i jeśli nie uda mi się zasnąć (bo przecież we śnie nie urodzę, bóle są zbyt silne aby można było spać bez problemów) to poczekam do rana. No i tak doczekałam do rana, miałam bóle ale nie takie typowo skurczowe więc doszłam do wniosku że Mateusza wywalę z rana do przedszkola i dopiero wtedy pojedziemy.
A rano?
Nie zgadniecie!!! Rano wstaję, lekkie skurcze więc sobie myślę że trochę znowu ponoszę, posprzątam, Maciej odwiedzi klienta którego nie może odwołać a potem pojedzimy sobie w spokoju na porodówkę. Rano jem śniadanko i nagle wypadła mi PLOMBA. Normalnie zaklęłam bo mam teraz dziurę wielkości krateru a chyba z nerwów zaczął mnie boleć jeszcze drugi ząb z innej strony. No po prostu super. No więc do 13 muszę wytrzymać bo dopiero na tą godzinę udało mi się znaleść dentystę. Zaraz kładę się plackiem i oglądam wszystko co leci w TV żeby nie daj Boże się przemęczyć.
Powiem szczerze że rano wstałam wcale niewyspana, wręcz zmęczona a jedno zejście po schodach tak mnie wykończyło że normalnie ledwie dychałam. Jeszcze parę takich dni a będę się rano czuła jakbym właśnie wróciła z maratonu.

No i wczoraj w obawie że jednak może powinnam udać się do szpitala wybraliśmy się do mojego lekarza prowadzącego. W sumie to miałam być u niego w środę ięc jakoś mocno nie przyspieszyłam wizyty a plusem jest to że zwolnienie jednak można wypisać do przodu więc nie będę musiała placić ponownie za wizytę jak mi się skończy L4.
No ale przejdźmy do konkretów. Maluszek już nie jest maluszkiem bo z USG wyszło że może ważyć ok 4 kg. Oczywiście jest tutaj możliwość pomyłki +-400g ale przy Mateuszu też się wiele nie pomylił więc przyjmuję że ma rację. Kropelka za to w pełni pokazała swoje kobiece wdzięki i lekarz stwierdził że będzie kobitka ale jakby co to przyjmuje reklamacje. Oczywiście najbardziej był zadziwiony tą wagą i prosił abym go powiadomiła czy się pomylił czy rzeczywiście będę rodziła takiego klocuszka. No cóż…. muszę zadzwonić do Babci i ją objechać za to że rodziła takie duże dzieci (ja miałam podobno ok 4500g a mój brat 4800) bo to jest sprawa dziedziczna i od razu widać że wychodzi w kolejnym pokoleniu. Damn it!!! Czemu nie mogę mieć takiej kruszynki 300 g co?
Lekarz powiedzial że jak będę mieć jeszcze raz skurcze przez jakieś 2h to mam jechać do Św. Rodziny bo pewnie zacznie się już poród. Czyli co, przygotowania pełną parą tak?
***
Wczoraj przyszły fotele IKEA które kupiliśmy parę dni temu. Maciej jeden złożył i może rzeczywiście siedzisko ma głęboko ale za to jest wygodny i to jest właśnie to o czym marzyłam. Z małych marzeń mam jeszcze w głowie lampkę nocną IKEA za 15,99 ale niestety jakoś nie mogę przekonać Maćka że jest to niezbędna rzecz w naszym nowym domciu. Może przy okazji jakiejś uroczysstości ją dostanę?

Wczoraj wybraliśmy się do naszych znajomych. Mój mąż stwierdził że przejdziemy się na piechotkę bo mieszkają na osiedlu obok. No i poszliśmy sobie do nich przez pole bo to najkrótsza droga żeby się tam dostać. Wszystko byłoby ok gdyby nie to że koło 19 zaczęły mnie brać skurcze. Trochę się przeraziłam ale pomyślałam że nie będę wstrzynać fałszywego alarmu szczególnie że wszyscy i tak pili piwo więc mnie nigdzie nie zawiozą. po 20 w końcu udało mi się przekonać Macieja że czas się zbierać bo jeszcze długa droga przed nami (idzie się mniej więcej pół godziny). Na nasze nieszczęście nie zabraliśmy latarki a znajomi nie mieli żadnej na stanie więc szliśmy po ciemku – świetna rozrywka jak się ma skurcze co parę minut. Tak czy owak jakoś się dokulałam do domu bo doszłam do wniosku że i tak nic nie da fakt że mój mężulek pójdzie pierwszy i przyjedzie samochodem – pił więc mu nie wolno. Jak dotarliśmy na miejsce to niektóre skurcze były już co 3-5 min, potem znowu jakieś 20 min przerwy i kolejna partia. Maciej już zastanawial się czy pakować się do pracy czy też na porodówkę, ja też sobie spakowałam środki czystości i zrobiłam gorącą kąpiel. No a po kąpieli czyli po jakiś 4 od rozpoczęcia całej akcji wszystko ucichło. Mam wrażenie że brzuch mi trochę zszedł na dół i pewnie to spowodowało te skurcze. Dobrze że nie pojechaliśmy bo by mnie zatrzymali i musiałabym leżeć plackiem a tak przynajmniej mogę to robić w domciu.
No ale muszę przyznać że widziałam trochę strachu w oczach męża bo w sobotę nie zdąrzył wszystkiego zrobić w nowym mieszkaniu więc chce to nadgonić jutro lub pojutrze. Do tego szykuje mu się parę dłuższych wyjazdów i nie byłoby na rękę żebym teraz urodziła. Ja też nie powiem żebym była spokojna bo jutro mam wizytę u lekarza z racji tego że chyba mam jakieś zapalenie. Przy Mateuszu ciągle miałam zapalenia pęcherza i przez to maluch zaraził się ode mnie w czasie porodu. Teraz z jakimś grzybicznym zapaleniem pochwy maluszek może też się ode mnie zarazić a wizja cesarki mnie przeraża – chyba już wolę rodzić calą noc niż mieć to jako perspektywę. No więc najpierw szybka kuracja i za 3 dni wszystko będzie wyleczone a potem mogę na porodówkę.
***
Powoli zaczynam się pakować. Co prawda sporo jeszcze zostało ale te rzeczy które nie są mi na codzień niezbędne już wrzucam w kartony żeby potem mieć mniej roboty. Zobaczymy czy się uda jakoś wszystko pogodzić chociaż średnio widzę przeprowadzkę z dwutygodniowym maluszkiem – chyba bardziej pociąga mnie przeprowadzka z maluszkiem w brzuchu bo to po prostu wygodniejsze.

W ramach przygotowań wybrałam się dzisiaj na wieeelkie zakupy bo nie wiadomo kiedy mnie to chwyci i jak długo jeszcze będę mobilna. No więc wparowałam do swojego ulubionego sklepu i nakupowałam mnóstwo różnych rzeczy potrzebnych dla dziecka i do domu, w sumie „tylko” cały plecak + jedna siata w ręce. Gdy dowlokłam się w końcu na pętlę żeby z radością pomachać autobusowi doszłam do wniosku że jak mam iść ten kilometr do domu to chociaż kupię jeszcze warzywa i owoce. No i dołożyłam sobie kolejne 4 kg. Tak obładowała kulałam się po drodze na której był akurat korek więc wszyscy patrzyli na mnie jak zjawisko – kobieta w ciązy a tyle dźwiga. Wyglądało to dość komicznie …. Tak czy owak doczłapałam się do domu po 4h wyprawie do miasta i trochę mi nogi wchodziły juz w tyłek. Przy okazji załatwiłam jednak tonę kartonów na przeprowadzkę i teraz muszę załatwić tragarzy którzy mi je przyniosą bo kartony wyjątkowo źle się nosi z balonikiem zamiast płaskiego brzucha. Dzisiaj z rozrzewnieniem w oczach oglądałam parę fajowych spodni i bluzek i już miałam je kupić no ale nie wiem jak szybko to wszystko zrzucę. Chyba jednak poczekam jeszcze trochę co?? Ale na polarową bluzę w kolorze błękitu się skusiłam bo zawsze marzyłam o takiej (moja kuzynka która była modelką ma bardzo podobną i zawsze jej zazdrościłąm bo wyglądała w niej fenomenalnie). Przymierzyłam i co?…. naciągnęłam na połowę pasa więc chyba nie jest tak źle, po ciąży za jakiś czas powinna być luźna (powinna!!! złe słowo – MUSI jest lepsze). Z łezką w oku schowałam ją do szafy bo jeszcze trochę sobie poczeka, naciągnęłam swetr Maćka i wyskoczylam po program na następny tydzień – jak zwykle nuuuudy!

Dzisiaj usłyszałam że wyglądam kwitnąco. Miło coś takiego usłyszeć szczególnie gdy człowiek żyje na bombie zegarowej bo teraz tak się czuję. Co mi się jakiś skurcz pojawia to zamieram i zastanawiam się czy to już czy też dopiero przygotowanie do zabawy na całego. Dlaczego jedne kobiety rodzą w biegu a inne tak się męczą na porodówce? Ja też chcę być stworzona do porodów!!!!! To takie niesprawiedliwe że niektóre kobiety po prostu jadą do szpitala i nawet nie zdąrzą się rozgościć a już jest po. Ech…..
***
Cieszę się że to już prawie koniec bo zaczynam mieć problemy z ubiorami. Dobrze że jest jeszcze swetr zapinany od Maćka w którym mogłabym się dopiąć nawet przy pięcioraczkach ale problemem jest płaszczyk pożyczony od Ani (dziękuję!!!). Na razie dopinam się w nim ale jest i torchę przyciasnawo i podejrzewam że miesiąc dłużej a zostałabym goła i wesola – pewnie bym wychodziła w szlafroku :)
***
Ciekawa jestem jak Mateusz zareaguje na nowego domownika. Z jego zabaw widzę że umie się opiekować innymi bo często bawimy się pluszakami lub zabawkami i jedna lub parę z nich są małe więc trzeba je karmić, pilnowac żeby chodziły spać itd.
***
Wczoraj Mateusz miał chyba jakąś wenę. Musiałam mu narysować dwa olbrzymie obrazki z książki Bolka i Lolka (jak to dobrze że jak patrzę na rysunek to jestem w stanie całkiem nieźle go odwzorować, Mateo nie uznaje żadnych kolorowanek, tylko to co sobie wymyśli a znajdź mi takie kolorowanki które on chce) a potem chłopak siedział 2h i kolorował z zacięciem godnym podziwu. Może odkrywa w sobie talent malarski po dziadku? Fajnie by było bo mój tato pięknie rysował, tyle że niestety talentu nie wykorzytał.
***
Od paru dni wcinam Oscilococinum. Polecam wszystkim lekko przeziębionym, lek homeopatyczny (ciekawe czy dostanę kasę za taką reklamę) który może być bezpiecznie używany nawet w ciąży. Już czuję się świetnie, trochę jeszcze mam katar ale myślę że to też lada dzień przeminie. Jutro wybieram się na dłuuuugi spacer po mieście bo mam już dosyć siedzienia w domu i patrzenia w sufit. Kolejna książka Sidney Sheldon została przeczytana a dokładniej połknięta w jeden dzień. Dobrze że wydałam 2 olbrzymie reklamówki moich starych książek anglojęzycznych bo w życiu bym się z nimi nie pomieściła w nowym mieszkaniu. Strasznie tego dużo się nagromadziło przez ostatnie lata a przecież robiłam 2 razy wyprzedaż na allegro. Teraz czekam na dwie książki Martiny Cole ktore ostatnio wypatrzyłam i coś czuje że jak się do nich dossię to nie odpuszczę tak łatwo. Są co prawda dość pokaźnego rozmiaru bo Cole nie pisze cieńszych książek niż 500-600 stron ale co tam, w końcu mam trochę wolnego czasu co nie? (przerwa na wytarcie noska)


  • RSS