anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009

Mężulek wysłany do szpitala grzecznie następnego dnia stanął w kolejce. Przed nim 23 osoby ale co tam, twardo stoi.
W końcu dał skierowanie, został zarejestrowany i stanął w jeszcze dłużeszej kolejce. W międzyczasie zadzwonili z przedzkola że Karolina źle sie czuje, ale że mężulek miał już lada chwila wejść a nie chcieli mu oddać skierowania no to biedny stał dalej. Anulaaa na drugim końcu miasta siedziała jak na szpilkach ale z racji przyjechania do pracy na rowerze nie miałaby jak odebrać dziecka.
Co 0,5 telefon kontrolny do mężulka któremu ciśnienie się podnosiło wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. Aż w końcu telefon zwrotny że wyszedł już od lekarza. No i co – pytam się?
A oto mniej więcej to co usłyszał:
- miejsce nie ma, najwcześniej przyjmiemy pana za rok, takimi pierdółkami się nie zajmujemy
- jak pan przyjdzie za rok to jest wielce prawdopodobne, że będzie ktoś czekał na poważniejszy zabieg i nie będzie miejsca żeby pana położyć
- niech pan szuka w innych szpitalach, może coś pan znajdzie szybciej.
Po 3h siedzenia w szpitalu mąż ze stanem prawie przedzawałowym pojechał odebrać Karolinkę. Wkuty na cały świat a lekarską brać przede wszystkim

No i nasza rodzinka jest po kontrolnej wizycie u laryngologa. Jeśli ktoś nie zauważył to mówimy o KONTROLNEJ wizycie a nie nagłym przypadku jakiejś choroby.
A oto jej wynik – osoby o słabych nerwach proszę o wyłączenie mojego bloga:
- Anulaaa, do zrobienia jakieś tam KT-G czy inne badziewie co nie wiadomo gdzie, kiedy i jak zrobić na kasę chorych żeby nie płacić paru stów dla papierka że wszystko oki. Dodatkowo mam się POWAŻNIE zastanowić nad zabiegiem prostującym przegrodę nosową… czeka mnie sama przyjemność zabiegu pod lekką narkozą hehhehe
- mąż Anuli, szadł na luzie… wiedział że ma przegrodę nosową lekko skrzywioną (czytaj: prawie wogóle) a lekarka wpisała dużymi literami MOCNE skrzywienie i natychmiastowe skierowanie do szpitala. Podobno czeka się tylko rok na operację więc mój mężulek przez rok będzie mocno obciążony psychicznie świadomością mocnego skrzywienia (na szczęście nie kręgosłupa)
- Synalek skierowany do alergologa i chyba czeka nas prywatna wizyta – ale się cieszę – bo terminów w tym roku już nie ma
- Córa ma być przygotowana na zabieg przecięcia jakiegoś wiązadelka żeby zęby nie rosły z za dużym rozstawem jak u królika Bugsa.

Tak oto rodzinka Anulii o godzinie 16 była jeszcze zdrowa a o 17:30 wyszła z jednym skierowaniem do szpitala, jednym skierowaniem na KT-coś tam, jednym skierowaniem na RT-coś tam, i informacją żeby najmłodsze potomstwo przygotować że przy przecięciu wiazadełka (albo czegoś w tym stylu) będzie pełno krwii.
O 18 czułam się już naprawdę chora, jest 20:30 a ja chyba musze iść spać tak psychicznie mnie to wykończyło

Piątek był dniem reaktywacji mojej grupy na pływalni. Oczywiście okazało się jeszcze w szatni że przypadkowo zapisano mnie do grupy pływającej już od 4 lag gdzie ja jeszcze w październiku zeszłego roku ćwiczyłam pływanie na baseniku dla dzieci. No ale nic, niczym nie zrażona (fakt faktem, grupa kobiet znała się jak łyse konie więc było dziwnie) weszłam do wody czekając aż instruktor zada ćwiczenia.

Na rozgrzewkę jak zwykle 4 baseny dowolnym stylem, najpierw puszczam dwie panie pływające ze mną na torze, no bo przecieć one pływają już 4!! lata a pod koniec toru okazuje się, że je przeganiam. Hm.. daje do myślenia. Następne ćwiczenie idzie całkiem nieźle w odniesieniu do grupy. Przy kolejnym stwierdzam że po 4 latach takiego wycisku jaki daje pan S oni powinni już latać nad wodą albo przepływać pół basenu na głębokości 5 m. A tu niespodzianka – pływają gorzej ode mnie! No nic… pod koniec byłam już mocno podbudowana całą sytuacją i faktem, że instruktor mi mówił przy prawie każdym ćwiczeniu że świetnie. Od następnego piątku idę na grupę wcześniejszą, bo tam jest więcej miejsc wolnych a mnie godzina bardziej odpowiada. Jestem jednak zadowolona tym, że tak wiele pamiętałam i tak dobrze sobie radziłam, to budujące, że cała moja praca sprzed wakacji nie poszła na drzewo.

No i nowy strój Speedo się sprawdził – nie mam wrażenia że jest za luźny albo że wszyscy nurkowie mogą podziwiać moje piersi (co prawda to chyba była jakaś obsesja bo nigdy takiej sytuacji nie miałam ale nie czułam się w ostatnim stroju komfortowo).

ESD czy LSD?

8 komentarzy

Jechałam dziś rowerem do pracy i przede mną jechał sobie autobus z dzieckiem przyklejonym do tylnej szyby. Naturalną rzeczą było dla mnie uśmiechnięcie się do niego i pomachanie. Dzieko po chwili zastanowienia zrobiło to samo i od razu zrobiło mi się weselej na sercu.
Przypomniał mi się film który kiedyś oglądałam – ESD – na podstawie książki Musierowicz (której nota bene nigdy nie lubiłam) pt „Kwiat Kalafiora”. W skrócie chodzi o to że młodzi ludzie tworzą grupę która wysyła ESD – eksperymentalny sygnał dobra w swoim środowisku.
Podobny film tyle że w wersji amerykańskiej widziałam kiedyś w TV ale nie mogę sobie przypomnieć tytułu.

To coś pięknego gdy nawet nieznajoma osoba uśmiecha się do ciebie, mówi ci dzień dobry w korytarzu w pracy lub dziękuję za usunięcie się z drogi rowerowej. Fajnie jest widzieć dobro w ludziach ale żeby je zobaczyć trzeba najpierw umieć je emitować od siebie. Czytałam dzisiejszą Ewangelię o belce w swoim oku i naszła mnie analogia że podobnie jest z dobrem i pięknem. Póki dobra i piękna nie ma w naszym sercu nie widzimy jego również u innych. Póki nie zadbamy o podlewanie dobrymi uczynkami tych wartości sami nie będziemy widzieć tych ESD wysyłanych w naszym kierunku.

Miałam niedawno ciekawą rozmowę o tym czy łatwo mnie uszczęśliwić. Na tym etapie życia, w którym jestem widzę jak wiele rzeczy mnie cieszy i wprowadza w krwioobieg endomorfiny. To piękne że można się cieszyć ciepłym porankiem, uśmiechniętą buzią dziecka na dzień dobry, miłym mailem od kolegi z pracy czy niespodziewanym spotkaniem z dawno nie widzianą osobą. Takie rzeczy właśnie wprowadzają mnie w ten pozytywny haj i dodają skrzydeł.

Ostanią rzeczą która dodała mi własnie skrzydeł jest moja współpraca z X. Jest to nowa osoba w moim życiu, bardzo przeze mnie poważana w dziedzinie w której pracuje i pomaga ludziom. Dla mnie to jest po prostu GURU. Jego prozpozycja abym mu pomagała spowodowała, że urosłam jakieś 10cm i ciągle jestem w skowronkach. Śpiewać mi się chce z tej radości że będę robić coś tak ważnego w moim przekonaniu a moja chęć pomagania innym po raz kolejny znajdzie swoje ujście. Dobrze że jednak opanowywuje się z tym śpiewaniem bo moi bliscy musieliby mocno cierpieć

Kto mówi że z dzieciakami może być smętnie? Mateusz zapewnił nam nocne rozrywki z niedzieli na poniedziałek.
Ok godziny 23 obudził się z rykiem że nie może oddychać. Udalo się go w miarę szybko przetransportować do drugiego pokoju i uspokoić, ale dalej twierdził, że ma problemy z oddychaniem. W związku z tym został szybko ubrany i pojechaliśmy na pogotowie.
Tam okazało się że zapalenie krtani i trzeba dać zastrzyk ze środkiem rozkurczowym. Zanim lekarz zbliżył się ze strzykawką młody już wył jak go boli…. Zatrzyk to taki wrzask że z pewnością żaden lekarz na pogotowiu już nie spał. Potem była maseczka na twarz i wdychanie tlenu – jeszcze gorzej  bo dusiło, męczyło i nie wiem co tam jeszcze, bo maseczka zniekształcała głos (he he he).
Po pół godznie skończył się tlen więc na pożegnanie dostaliśmy maseczkę do łapki i do domciu do spania. Przyjeżdżamy do domu a Mateusz pyta się o kolację i taki rozchachany że szok (przypominam że już dobrze po północy). Dostał coś do picia i do łóżka a za 15 min mężulek dostał podobne objawy i wybrał się do tego samego lekarza (dupka też została podziurawiona).
Rano Mateo spakował maseczkę a jak zaczął tacie opowiadać wypadki nocne to okazało się, że:
- wogóle nie płakał przy zastrzyku
- było fajowo
- dostał super maseczkę
- ma wirusy które prawie go zabiły
- wszystko opowie w szkole pani i pokaże jej maskę
Z niecierpliwością czekam na telefon od wychowawczyni, że mam odebrać ciężko chorego synka ze szkoły bo z jego opowieści wynikało, że prawie przeżył atak.
No wyobraźnię to on ma niezłą, moja krew

Dzisiaj w nocy Karolina mocno przeżywała przedszkole. Co chwilę się budziła, popłakiwała przez sen więc zadecydowałam, że będę z nią spała bo szybciej się uspokajała. Ostatnio noszę długie kolczyki więc je ściągam na noc przez co Karola jest niepocieszona bo nie ma co miętosić w moich uszach. No więc w nocy ok 23 znowu była pobudka i szukanie czegoś do miętoszenia. Natrafiła na moje ucho a tu NIESPODZIANKA – nie ma niczego! Jeszcze chwila konsternacji i po paru sekundach co widzę? wielkie otwarte oczy mojej córy.
Nie zostało nic innego jak wstać, iść do łazienki, ubrać kolczyki i wrócić do spania.
Efekt? – nie minęly 3 min a Karola znowu chrapała.
Grunt to dobry usypiacz. Ciekawe czy ktoś mnie pobije!

ps. Spanie na waleta to niezbyt dobra pozycja. Choć lepsza niż spanie w tą samą stronę z córą lub synem bo oni potrzebują conajmniej 1m (przy łóżku szerokości 70cm0) dla siebie.
***
Nowe odmiany słowa PAPATKi:
- papilotki
- papamobile
- parapetki
Czekam na dalszą inwencję mojego znajomego

No i zaczęło się… Zacznę od przedszkola:
1. Przedszkole.
Karolina w pierwszy dzień z wielkim bananem na ustach opowiadała o przedszkolu. Drugi dzień był oki a na trzeci była już cały dzień markotna i płacząca. Co prawda jak się ją pytam o to co się działo, to opowiada z zadowoleniem, tłumaczy co robiła itd. Ale widać tęsknotę w jej oczach i niemożność zaakceptowania faktu, że tato ją zawozi i przywozi a nie ukochana Mamusia.
Pierwszy raz usłyszałam jak Karolina „klnie”. Jechaliśmy samochodem, strasznie dużo wody bo akurat mocny deszcz padał a Karolina patrząc na rozpryskującą się wodę co chwilę wołała „O Matyldo”.
Jedynym światełkiem w tunelu jest Mateusz, który po południu po zajęciach przychodzi w „odwiedziny” do siostry. Normalnie jak w zakładzie zamkniętym :)
2 Szkoła
Mateusz stwierdził że mu się podoba, tylko trochę krótko. Na razie nie ma obiadów więc biedaczek żyje na kanapkach ale mam nadzieję, ze tylko w tym tygodniu. Na pytanie pani ile dzieci umie rysować zgłosiły się dwie osoby… mam nadzieję, że reszta się wstydziła bo jak nie, to klapa na całym froncie.
***
Nadszedł czas na poodsumowanie moich wypadków rowerowych. Dokonałam dogłębnej analizy i wyszła mi taka prognoza:
Kolejny wypadek za ok 4lata, w międzyczasie powinnam urodzić dziecko (był chłopak, potem dziewczynka, a co teraz?) i zmienić pracę. Dodatkowo warto pomyśleć o jakimś ubezpieczeniu bo z moich prognoz wychodzi, że będzie mnóstwo siniaków, 10 szwów i 2 tyg zwolnienia. Już się cieszę.. może wyjadę się kurować do jakiś tropików? aaa no i rowera nie zmienię bo jego wypadki nie ruszają. No to na tyle prognoz. Idę szykować wyprawkę do szpitala bo przecież za 4 lata pewnie tam wyląduję. aaa zapomniałam dodać że oczywiście i tym razem sprawcą wypadku będzie Kobieta :D


  • RSS