anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Jeśli ktoś mi powie że samoloty to szybki środek transportu to zaraz go wyprowadzę z błędu:
1. Po pierwsze – wczoraj w sumie spędziłam na lotniskach 7h + 2h w samolocie. Niby tylko 9h ale byłam wymęczona. Rozumiem i łączę się w bólu z ludzmi którzy wczoraj dowiedzieli się że samoloty odwołane i spędzą noc na lotnisku – po prostu świetna perspektywa
2. Po drugie – autobusy. Na lotnisku w Poznaniu w czasie śnieżycy kierowca otworzył wszystkie drzwi i trzymał nas na tym zimnie przez prawie 20 min – do końca podróży nie czułam już nóg tak wymarzłam
3. Dalej kontrole celników. Po kiego licha przy transferze między dwoma samolotami znowu wszystko mi prześwietlają? zmaterializowałam jakąś bombę po drodze czy jak? Nie mówiąc już o tym, że trzeba się rozebrać z następujących rzeczy:
- buty na obcasie – czemu żadna porządna firma tego jeszcze nie obeszła produkując buty nie piszczące na bramkach?
- pasek
- szalik
- kurtka
- laptop wyciągnięty z opakowania
- zegarek
Jak już przejedzie wszystko przez bramkę to czas na ubieranie. Oczywiście nikt nie wymyślił żeby postawić obok ławkę, stolik czy cokolwiek innego. Za mną długaśna kolejka a ja próbuję ubierając buty podtrzymywać spodnie biodrówki oraz zamykać laptop w torbie. Po prostu miodzio! A jakby wzrok mógł zabijać to dawno bym tam padła.. oj dawno tak się nie czułam
4. Odśnieżanie samolotu to chyba najlepsza rzecz której ostatnio doświadczyłam. Podjeżdża samochód z wysięgnikiem a na jego końcu facet w budce z działkiem i wielką lampą. Świeci sobie po skrzydle i psika ludwikopodobną mazią aby je rozmrozić. Kiedy zaczął światłem jeździć po kadłubie poczułam się jak w statku kosmicznym który wpadł przypadkiem na ufo i teraz ono właśnie bada co to za dziwny pojazd w którym siedzę. Co za odlot!
***
Rano przyszłam do recepcji i poinformowałam że przyjechałam na szkolenie. Kazano mi wjechać na 3 piętro a potem dzwonić. Na 3 piętrze stała już dziewczyna która z tajemniczym uśmiechem spytała:
- Mirabell?
hm.. hasło? No nic, niepewnie przytaknęłam nie bardzo wiedząc w co się pakuję:
- Yeah, Mirabell (cokolwiek to znaczy – pomyślałam)
Dziewczyna pokerowała mnie krętymi korytarzami do kolejnych schodów. Tam czekała N z Helpdesku z powtarzającym się pytaniem:
- Mirabell?
Kurka wodna, przytakiwać czy udawać głupią? wybrałam pierwszą opcję..
No i była to Mirabell – sala w której miałam szkolenie. Szkoda że wcześniej nikt czegoś takiego nie wyjaśnił a człowiek nie ma odwagi za bardzo się pytać bo wyjdzie na głupiego. No ale nic. trafiłam, to najważniejsze.

Dziś rano wyszły kolejne rzeczy zgubione przez Matiego więc mężulek w chwili słabości powiedział że młody pożegna się z TV jak nie znajdzie się chociaż połowa zgub.
REZULTAT:
- znalazły się buty + strój gimnastyczny (wczoraj moje dziecko twierdzilo że przejrzało WSZYSTKIE zakamarki w szkole)
- znalazł się ZEGAREK!
co za znaleziska! szok totalny.
Czy to oznacza że koniec kary? po południu sie dowiem…

ja-sangwinik

2 komentarzy

W weekend byliśmy na spotkaniu dla rodziców dotyczącym wychowania dzieci. Wiele rzeczy tam usłyszelismy ale dla mnie najważniejsze były typy osobowości dzieci (i rodziców). To że ja jestem sanwginikiem z domieszką choleryka to już wiedziałam od dawna, to że mężulek to flegmatyk z domieszką melancholika to też byliśmy świadomi ale co z naszymi dziećmi?
Małżeństwo prowadzące wykład podawało kilka przykładów z życia jak rozróżnić typ osobowości u dziecka. Po pierwszych 5 minutach miałam już totalnie rozmazany makijaż i płakałam ze śmiechu w chusteczkę – czemu? Bo usłyszałam conajmniej kilka opowiesci z naszego domowego ogniska:
- syn-sangwinik który jak nie wpadnie na krzak to potknie się o nieistniejący kamień (ostatnio mati zaliczył przypadkiem bliskie zderzenie z framugą drzwi – po prostu stały nie tam gdzie zawsze tylko 20 cm na lewo!)
- córka-sangwinik która uwielbia przebieranki (moja córa po informacji o tym, ze trzeba pomyśleć o co prosić mikołaja powiedziała tylko tyle: chcę mieć balową sukienkę w której rodzice mi POZWOLĄ chodzić do przedszkola)
- syn-sangwinik który jak się skaleczy to całe osiedle o tym wie (Mati jak dostał ostatnio za coś karę to jestem przekonana że na 4tym piętrze wszyscy o tym wiedzieli – w końcu to tylko róznica 4 poziomów!)
Jeszcze parę takich historyjek przytoczono a mój mężulek na zakończenie spuentował wszystko dwoma słowami:
- MÓJ BOŻE!
No cóż, jak flegmatyk ma dwójkę dzieci sangwiników to nie jest łatwo! Widocznie Bóg uznał że należy go odpowiednio doświadczyć aby w ten sposób poprowadzić drogą do świętości (czyt. przeczołgać się…)

Żeby całość podsumować syn dostał dziś listę rzeczy które ma odnaleść w szkole (bo dziwnym trafem wyparowały ostatnio):
- strój gimnastyczny + adidasy (to takie maleństwo że gdzieś mu zginęło0
- 3 czapki + szalik
- instrukcja do nowej gry (wczoraj Mati zabrał ją do szkoły i wróciła już zdekompletowana – wrrrr!)
- zegarek (z tym podpunktem nie wiadomo.. bo nie jesteśmy w stanie zlokalizować miejsca gdzie on się zapodział)
wieczorem będzie rozliczanie – nawet nie zakładam że coś się odnajdzie ale młody ma chociaż się wysilić i porozmawiać z woźną / sekretarką czy czegoś nie znaleźli.

I jak tu dziękować za Syna-Sangwinika? Dziś mam ochotę mu normalnie wygarnąć co o tym sądzę tylko czy to będzie miało efekt? hm.. napewno u mnie tak – trochę mi przejdzie, ale u niego chyba nie bardzo.

Niech żyją uroki macierzyństwa!

Karolina wczoraj mnie totalnie rozbroiła. Robiłyśmy porządki w lalkach i okazało się że część lalek jest firmy Mattel czyli typowe Barbie. No i w ramach sprawdzania przeczytałam co jeset napisane na każdej lalce chcąc uzyskać informację, jakie lalki tak naprawdę mamy. No i co się okazało? że większość lalek jest produkcji Simba na co Karolina rozryczała się na maxa przez łzy mówiąc:
- ja chcę mieć Barbie a nie Simba. takie brzydkie imię!
Masz babo placek – potem 20 min spędziłam na uspokajaniu córy.

Mateusz po raz kolejny pobił rekord gubienia rzeczy. Tym razem został zgubiony zegarek. Mężulek poinformował wieczorem syna, że jak się nie znajdzie zegarek to ma szlaban na wychodzenie do kolegów – a dziś są urodziny jednego. Już mi się uśmiecha wracać do domu i słuchać jego wycia. No ale cóż, z drugiej strony musi chłopak dbać o rzeczy które są pod jego opieką bo inaczej zgubi nam połowę rzeczy w domu. Zobaczymy czy się znajdzie – jak nie to napewno będą w domu generalne porządki przy okazji szukania zguby.

Nareszcie wracamy na stare śmiecie.. w końcu Karola nie jest ciągle chora a my możemy się gdzieś wybrać. W sumie to i tak ten wyjazd przekładaliśmy o 2 tygodnie bo młoda się lekko pochorowała (czyli jednak próbowała nam pokrzyżować plany) ale koniec końcow dopięliśmy swojego i wybraliśmy się do znajomych i rodzinki.
W ramach spóźnionego święta Wszystkich Świętych wybraliśmy się na grób mojego taty. Wcześniej była pogadanka z Karolą na temat tego że wszyscy kiedyś umrą (skończyła się płaczem Karoli która stwierdziła, że nie chce umierać a jak już umrze to ma następnego dnia wstać – no i wymogła na mnie żebym jej to obiecała hahaha) oraz tym, że każdy jest dzieckiem kogoś (w ramach ustalania co to jest drzewo genealogiczne oraz próby uzmysłowienia dzieciakom że na przykład babcia jest kogoś dzieckiem). Mateusz świetnie to spuentował przy wyjściu z cmentarza:
- a wcale że nie bo pierwsi ludzie nie mieli rodziców: Adam i Józef czy jakoś tam.. noooo nei pamiętam
moj mężulek prawie się zakrztusił z wrażenia a ja ze stoickim spokojem próbowałam przypomnieć mlodemu podstawowe informacje na temat pierwszych ludzi w raju.

Wieczorem przed spaniem próbowałam zagonić dzieciaki do sprzątania. oczywiście mój pierworodny musiał mieć zawsze ostatnie zdanie typu:
- a bo ja ciągle …
- Maaaamooo.. a Karola nie sprząta..
- czemu znowu ja?
Karolina przysłuchiwała się tej dyskusji po czym podeszła do Matiego i z grobową miną powiedziała do niego:
- NIE PYSKUJ MATCE
Moja mama szukała swojej szczęki na podłodze 5 sekund później. No comments.

Czy wspominałam o tym, że Mati może spokojnie kandydować do księgi rekordów Guinessa w zakresie najszybszego zdzierania jeansów? takiego tempa już dawno nie narzucił a ja bym chyba z torbami poszła jakbym kupowała za każdym razem nowe. Przez 4 dni załatwił dwie pary spodni które w czwartek NAPEWNO nie miały nawet śladów specjalnego używania. A bawił się tylko dwa popołudnia z kolegami. Boję się myśleć co będzie dalej.

W niedzielę odwiedziliśmy mojego kuzyna. Mati miał tam kolegę w swoim wieku wię szybko się zadomowił. Już 5 min po naszym przyjeździe chłopaki ustaliły z ojcami że wyciągną Baggy czyli takie cudo
BAGGY
i sobie pojeżdżą na łące. No … nie powiem. Mati był zachwycony faktem że miał na głowie prawdziwy kask (to co że prawie nic nie widział, za Chiny nie chciał się wymienić z mężulkiem na zwykłą czapkę) no i sam kierował. Co prawda przekładanie biegów to była męczarnia bo ciężko wchodziły ale SAM kierował. To było coś!


  • RSS