anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

Karola miała dzisiejszą terapię biedronkową czyli malowanie fioletem. Prócz totalnego uwiądu ciała przy smarowaniu 20 kropki młoda odstawiła mi takiego węża że dzięki temu moje wszystkie palce są w kolorze fioletu a kolor moich paznokci nieco zaginął niestety. No cóż. Takie jest życie przy wężowej biedronce :D
***
Wstawki, które dzieci fundują swoim rodzicom powinny być nagrywane, a w ramach nauk przedmałżeńskich puszczane narzeczonym – aby poważnie się zastanowili nad swoim wyborem. Z drugiej strony takie nauki by pewnie odstraszyły 90 % penitentów i nasze społeczeństwo zaczęłoby wymierać. W sumie to już powoli wymiera więc tylko byśmy przyłożyli się lekko do tego procesu. Dziś na przykład Pierworodny był poinformowany, że ma wyrzucić plastik + papier. Nie było tego dużo ale chcieliśmy, aby zrobił to przed wyjazdem (jutro wyjazd na obóz judo – już się boję myśleć jaki Karmagedon tam będzie miał opiekun z gromadą takich Pierworodnych jak mój syn). Oczywiście dziecko olało nasz komunikat a jak usłyszał to znowu 20 min przed bajką (w połowie rozbierania się do kąpieli) to oczywiście odpysknął:
- Czuję się tutaj jak niewolnik!
Zastanawiam się ile zdążył jeszcze powiedzieć po drodze do śmietnika. W sumie droga niedaleka więc może tylko usłyszeli to sąsiedzi z pobliskiej klatki? Poczułam się jakbym przeniosła się do antycznego Rzymu, Ja – piękna kobieta i on – mój niewolnik.
Obiecuję sobie, że na 18 te urodziny spiszę te jego pyskówki i dostanie je ode mnie w prezencie.
***
Update: Syn dowiedział się, że będzie włączony „Bolek i Lolek”. Oczywiście poleciała wiązanka w stylu: Nie znoszę Bolka i Lolka! To jest takie nudne, szkoda że nie wiedziałem, że to będzie itd. No to mąż wkroczył do akcji i kazał Pierworodnemu iść do pokoju. Teraz młody wyje w pokoju, że on już chce oglądać Bolka, to jest jego ulubiona bajka.
Great. Uwielbiam kiedy dzieci zmieniają zdanie szybciej niż kobieta w ciąży (a ja potrafilam je zmieniać dość szybko, jednak moje dzieciaki opanowały tą umiejętność do granic możliwości).
Ostatnie podrygi młodego w pokoju, już nie wyje tylko mówi głośno: Tata, ja chcę oglądać, tata ja chcę oglądać (doliczyłam już 6 razy). Pewnie jak przejdzie do etapu, że trzeba przeprosić a nie wyć to będzie koniec kary. Ciekawe jest to, że taką metodę mamy od początku wychowania Pierworodnego a on JESZCZE nie zajarzył mechanizmu. A wydawało się, że dzieci są takie bystre!

No i mamy własną hodowlę szczepów ospy wietrznej. Jeśli ktoś chciałby „załatwić” tą chorobę póki dzieciaki w miarę małe, to zapraszam. Nasza córeczka wygląda jak dalmatyńczyk tylko, że fioletowy. Każda krosteczka musi być potraktowana z odpowiednią czcią i zabalsamowana fioletem. Dzięki takiej procedurze brzuch mojego dziecka powoli ma więcej koloru fioletowego niż białego, na szczęście że na buzi „wylazło’ nam na razie tylko parę kropeczek.
Najgorsze są te krostki we włosach. Zastanawiam się, czy jak nie będę myła włosów córy przez kilka dni, to jej się włosy zafarbują na stałe? Bo w chwili obecnej wygląda sobie tak jakby się przygotowywała do wyjścia na bal karnawałowy i zrobiła sobie fioletowe placki na głowie :D
Najgorsze oczywiście jest to, że ubrania też podłapują kolor. Sprawdziliśmy to już na ulubionej bluzeczce Karoliny, która od wewnątrz jest upiększona plamami z fioletu – pewnie po chorobie bez cienia żalu się z nią pożegnam, choć dla córy będzie to pewnie poważny problem.
No i jeszcze jeden efekt uboczny wietrznej ospy – dziecko marudzi o wszystko a najbardziej o to że ją swędzi. No ale co ja jej na to poradzę? Możemy delikantnie masować przez ubranie i nic więcej a młoda potrafi się oczywiście nakręcić na maxa. Tak czy owak wieczorem po kilku godzinach zajmowania się dzieckiem mam dosyć wszelkiego „miałkotu”.
A mina mojego mężulka jak ma zostać z miałczącym dalmatyńczykiem jest po prostu bezcenna – może mu pstryknę jakąś fotkę przed wyjściem do pracy? Ale tak to jest jak się ma niewykorzystany urlop, trzeba się poświęcić i go wybrać właśnie z takich chwilach.

Mężulek zastanawia się nad możliwościami zmiany samochodu, bo nie wiadomo kiedy nasza Maryśka się rozkraczy i odmówi na dobre posłuszeństwa. Pierworodny słyszał, że oglądamy na allegro autka i dyskutujemy na ten temat, czego oddzwięk usłyszeliśmy we wczorajszej modliwie wieczornej:
- Panie Boże, jeśli chcesz żeby to autko o którym rozmawiają rodzice trafilo do naszej rodziny to niech trafi, a jeśli nie …. (chwila zastanowienia), to nie! (KONIEC KROPKA)
***
Codziennie wieczorem nasze dzieci we wspólnej modlitwie rodzinnej dziękują za różne rzeczy / zdarzenia lub o coś proszą. Karolina ma tradycyjny zestaw bo prosi zawsze o następujące rzeczy:
primo –  niech będzie tęcza
secundo – niech będą aniołki.
Dobrze, że Bóg wie co dla nas najlepsze i nie spełnia jej próśb bo od 1,5 roku bylby tęczowy świat.
***
Dziś wizyta u fryzjera. Mężulek tradycyjnie nie pamiętał, mimo że przypominałam mu o tym wyjściu conajmniej kilka razy. Dzwoni do żonki z zapytaniem, kiedy wraca do domu. Oczywiście po RAZ KOLEJNY przypominam o dzisiejszym fryzjerze na co mężulek z troską w głowie odpowiada:
- Tylko niech cię tam za mocno nie kroi!
czyżbym szła na operację plastyczną a nie na podcięcie włosów?
***
Dzisiejszy telefon mnie totalnie rozbroił. Zadzwonił do mnie o 10:00 Mateusz – ze szkoły. Zadzwonił z informacją, że jednak są miejsca na półkoloniach, więc w jakim terminie ma się samodzielnie zapisać. Wczoraj sprawdzałam informacje na szkolnej gazetce a że przegapiliśmy termin zapisów sądziłam, że nic z tego już nie wyniknie. No i synek wziął sprawy w swoje ręce, sprawdził, zadzwonił do matki, poinformował o terminach i sam się zapisał. Grunt to samodzielny drugoklasista! BRAWO!

Wczoraj mężulek poszedł na coroczne spotkanie firmowe, była uroczysta kolacja i jakaś potańcówka ale znając moją drugą połówkę jakoś nie garnął się do potupajki i raczej siedział z kumplami gadając o wszystkim i niczym. Wrócił koło 1 do domu i chyba był jednym z pierwszych którzy wychodzili. Pytacie czemu? Bo dziś mamy bal karnawałowy i chłop chciał się oszczędzić.
Ok 8 obudziły nas dzieciaki, mężulek wyglądał na całkiem świeżego aż do pośniadaniowej kawy przy której prawie zasnął. No ale nic, wmusił ją w siebie, po czym 15 min później znalazłam go w sypialnii ,gdzie chował głowę pod poduszką twierdząc, że ma światłowstręt. Całkiem nieźle jak na kilka godzin zabawy, aż boję się myśleć w jakim stanie będzie jutro po zabawie karnawałowej, do której się przygotowujemy.
***
Rozmowy wieczorne małżonków. Ja leżę wtulona w mojego ukochanego męża i cicho szepczę:
- Może porozmawiamy o nas, o związku (czyt. chciałabym, abyś mi powiedział, że nadal mnie kochasz… wiem wiem, niezły kamuflaż, ale niech mężulek ćwiczy swoje szare komórki a nie dostaje wszystko na tacy).
Na co pół śpiący mężulek odpowiada:
- A w związku z tym, może byś zgasiła światło?
No i czy nie pogadaliśmy o związkach?
***
Co może być weselszego od obserwowania moich dwóch facetów jak z wypiekami na policzkach próbują po raz n-ty przejść poziom w grze na PS3? Całkiem niezła gimnastyka, boję się nieco, że Mateusz wybije joystickiem zęby mężulkowi bo takie robi wygibasy. A jakie wstawki, aż mnie brzuch boli jak siebie dopingują:
- Noooo dawaj, miałeś nie spadać! – mówi mężulek
- Tato, poddajmy się, nie damy rady – mówi po chwili syn
- Nie poddawaj się! Dasz radę – krzyczy mężulek
- O ja cię, ja się trzymam na jednej ręce! Ej nie trzymaj mnie tata, jak ty mnie tym ciągnąłeś? no pokaż, pokaż! – mówi Mateusz.
Teraz chyba mają jakieś podskoki w grze bo co chwilę robią „Falę”.
I tak od godziny. Ciekawe kiedy im się to znudzi. Z drugiej strony cieszę się, że robią to razem, że jest to ich wspólna zabawa a ja nawet nie próbuję się w to wkręcić bo znając siebie, pewnie bym tylko chciała w to grać.

Dzieciaki potrafią mnie zadziwić. Wczoraj w ramach kuracji domowej zaaplikowałam sobie dwie dawki czosnku – jedna rano a druga póżnym popołudniem. Od razu dodam, że jeszcze niedawno sam smak czosnku wywoływał u mnie torsje ale czego się nie robi dla zdrowia prawda? No więc kroję sobie spokojnie czosnek, dzieci ze mną w kuchni i zaczyna się teleturniej  „100 pytan do..”:
- Mamusiu, a czy czosnek ma witaminy? – pyta Karolina
- Tak córeczko, czosnek jest bardzo zdrowy, a jak człowiek jest chory to powinien go zjeść.
- Mamusiu, a czy jabłka mają witaminy? - kolejne pytanie córy.
- Tak, ale inne niż czosnek – odpowiada mama
- Mamusiu (uwielbiam te wstawki gdzie słyszę słowo mamiś lub mamusiu co każde zdanie… no a zawsze dziecko czeka aż ja powiem: Tak?) a czy banany mają witaminy? - dziecko dalej brnie w temat witaminowy.
- Oczywiście Karolciu.
- No to ja proszę o banana z witaminami, bo czosnku nie lubię – konkluduje córeczka.
Wtedy do akcji wkracza Mati
- A czy jak się ma katar to czosnek może pomóc? – pada kolejne pytanie
- Myślę że tak.
I tu wstawka: co Mati wykuruje się z jednego kataru to łapie kolejny przez swoją głupotę lub roztargnienie więc wcale mu się nie dziwię, że w styczniu ma go już dosyć.
- To ja proszę o duuuużą porcję - dzielne dziecko postanawia wziąć problem zdrowia w swoje ręce.
Efekt? Ja musiałam wykazać się dużymi zdolnościami aktorskimi (których dodam że mi raczej brak), aby udowodnić, że czosnek nie jest taki straszny – w sumie przedstawienie było dla Karoli, bo Mati połknął porcję, zapił mlekiem i jeszcze się oblizał (tfu tfu tfu!).
Teraz już wiem, że każde z dzieci leczymy czymś innym: Mateusz – czosnek a Karolina – banan.

choroba

Brak komentarzy

No i mnie dopadło. Nie żebym była obłożnie chora, po prostu czuję się średnio na jeża (ciekawe skąd to określenie bo przecież my ludzie wcale nie wiemy czy jeże czują się średnio, może lepiej wprowadzić inne określenia typu: średnio na chomika czy średnio na nietoperza?), z nosa cieknie, w gardle jakbym miała piłeczkę do tenisa i ten ból skóry.
Czy wy też tak macie, że w chorobie jak ktoś dotyka wam skóry to jakby przykładał zimne ostrze noża? Normalnie aż mnie wzdryga na samą myśl o dotyku. Czy  ktoś zna sposób, aby to zakomunikować bezboleśnie mężulkowi? Bo wczoraj jak delikatnie mówiłam (chyba jednak mało asertywnie oraz mało obrazowo – muszę nad tym popracować) to się chłop obraził, że nie chcę aby mnie przytulał w łóżku. No dobra, przełknęłam tą uwagę i go przeprosiłam i potem było na odwrót – zamiast tłumaczyć, żeby mnie nie dotykał to prosiłam, żeby mnie przytulił.
Ja się wcale nie dziwię, że faceci nie rozumieją kobiet po takim wieczorze, najpierw odgania a potem prosi żeby ją przytulił. Z drugiej jednak strony, gdybym tego nie zrobiła to rano by wstał obrażony, że WREDNA (ale kochana) żonka go tak potraktowała. No więc dla dobra ludzkości żona zmienia zdanie. I kto powiedział że kobieta coś robi BO TAK? Tutaj ewidentnie widać, że kobiety zmieniają zdanie BO żeby mężom się żyło lepiej. Uffff… niezły wywód.
***
Widzieliście parodię Carrey filmu „Black Swan”? Jeśli nie to zerknijcie TUTAJ. Wczoraj moja córa na pytanie, czego uczyli się na tańcach, zademonstrowała podobny repertuar. Łzy pociekły mi z oczu i tylko pluję sobie w brodę, że nie pomyślałam o nagraniu tego cuda. Wszystkie baleriny powinny zobaczyć jak się prawidłowo tańczy „Jezioro Łabędzie”. W razie dużego zainteresowania proszę o stworzenie społecznej listy i zapisy – sami rozumiecie, małe mieszkanie a na korytarzu zmieści się max 20-25 osób w wersji na słup telegraficzny (hm.. czemu przyszedł mi na myśl słup telegraficzny a nie telefoniczny? czyżby ukryte pragnnienie aby wróciły tamte lata?)

Ech życie, mężulek Wężulek siedzi dalej w okopach i specjalnie się nie odzywał od rana, więc pamiętając wcześniejsze akcje wczoraj specjalnie go omijałam. No ale im dłużej on siedzi w okopach (lub jak mówią psycholodzy = w jaskini) tym bardziej mnie krew zalewa, że mnie ignoruje. Kurcze Bóg to naprawdę dobrze pomyślał, że złączył kobietę z mężczyzną. Dzięki temu jest przynajmniej ciekawie w życiu bo nie da się żyć razem bez konfliktów.
Ok… starałam się jak mogłam być miła ale bez żadnych fajerwerków (czyli w moim przypadku lekko oschła) udając, że mi nie zależy. W środku miałam totalny wulkan emocjonalny i gdybym rano robiła sobie śniadanie to nie wiadomo, gdzie by trafiły rzucone przeze mnie talerze. Na szczęście tą przyjemność zostawiam sobie na pierwsze minuty pracy, więc talerze ocalały.

Pierwszy telefon w tym dniu od mężulka. Nerwy mnie ponoszą, że mnie o coś pyta ale nie daję po sobie znać, ton zwisający i krótkie odpowiedzi to motto mojego dnia. Drugi telefon, jeszcze krótsza rozmowa, a po powrocie do domu mam ochotę do niego podejść, złapać za ramiona, wytrząsnąć i zapytać:
- Jak długo będziesz mnie ignorował? (czyli ile jeszcze bawimy się w jaskiniowców, kapujesz?)
Nawet dzieciaki zauważyły zmianę, rano nikt nie wywalał na siłę z łóżka a matka nie przywitała taty wesołym:
- Nooo cześć M.

No ale nic, mężulek przełknął zniewagę której się wczoraj raczyłam dopuścić, do jego komórek mózgowych trafiły w końcu moje przeprosiny (mężczyzna to niezwykle precyzyjny układ scalony, zobaczcie ile ta wiadomość krążyła po jego obwodach zanim w końcu trafiła w odpowiednie miejsce… od wczoraj 6 rano do dziiejszej godziny 18….. to lepsze niż najsilniejszy komputer Polski) więc raczył okazać swojej żonie litość i zezwolić, aby wszystko wróciło do normy. Cóż za łaskawość w obliczu TAKIEJ zniewagi…. czuję się zaszczycona.

W ramach przeprosin były lody co dzieciaki skwitowały pytaniem (poniekąd retorycznym):
- Lody w środku zimy?
Na co niżej podpisana odpowiedziała (również retorycznie nie oczekując reakcji):
- to przeprosiny za ostatnie dwa dni…
W jednej chwili mężulek oczywiście oburzony odrzekł:
- Ja nie mam za co przepraszać, nie czuję się niczemu winny.
Już miałam coś na języku ale raczyłam odpowiedzieć tylko:
- Tak tak, ja i tak swoje wiem, to są przeprosiny bo jeśli nie to nic się nie zmienia.
Ech… chyba lubię być żoną. Tylko czemu to takie czasami trudne co?

Czy wiecie jak pachną książki oblane mlekiem? jeśli nie to zapraszam do siebie. Dziś wieczorkiem otworzyłam plecak Pierworodnego celem sprawdzenia co pani Wychowawczyni mi pisze w dzienniczku i co znalazłam w plecaku:
- jedno nadgryzione jabłko
- dwa opakowania z marchewką (dobrze, że jeszcze zachowała jakieś soki, bo ostatnio wyciągnęłam jakieś suszki a nie marchewkę)
- jeden pusty kartonik po mleku
- jeden kartonik po mleku gdzie była jeszcze jakaś połowa zawartości.

No i dzięki tej ostatniej pozycji (choć podejrzewam również i przedostatnią) plecak mojego dziecka zmienił się w szkolną mleczarnię. Nie wspomniałam, że dodatkowo Mati zapomniał zamknąć piórnika (halo.. a gdzie dwa nowe długopisy? teraz już wiem kto mi zwędził mój ulubiony stary długopis) więc do całości dołączyły kredki świecowe i inny asortyment.
No niezły bajzel. Nawet nie wiecie jak Młody się ucieszył, jak mu to wszystko wywaliłam na środek dywanu. Jego wycie było słuchać napewno na 4 piętrze (no bo więcej tutaj nie ma) w górę i na parterze kolejnych klatek (for sure!).
No nic. Ja ogarnęlam plecak w środku (ciekawe co tam jeszcze wcześniej porozlewał bo nieco się kleił) a młody miał za zadanie ogarnąć kupkę z dywanu.

Nie wspominałam jeszcze, że ostatnio młody wszystko czyta, podczas ubierania czyta Świerszczyk, przy sprzątaniu czyta wszystkie etykiety. Cieszę się z jego pasji, ale do czerwoności rozgrzewa mnie fakt, że Pierworodny potrafi wciągać kalesony przez 20 min a potem wściekać się bo karzę mu iśc przed lutro i sprawdzić, co jest nie tak (podpowiedź autora: na lewą stronę i przód na tył).
No i wracamy do kupki z zamoczonymi książkami, w tle wycie Młodego i nagle cisza… sprawdzam czemu. taaa  mogłam się domyślić. Otworzył książkę, aby ją zacząć rozrywać kartka po kartce i oczywiście zaczął ją czytać. Musiałam pogonić, bo inaczej, by nic z tego sprzątania nie było.
***
Uwielbiam Facetów – prości, nieskomplikowani… i lubią sie obrażać. Wyobraźcie sobie, że dziś rano o godzinie 6:05 mój mężulek (ostatnio wymyśliłam dla niego nowe określenie Wężulek) mnie zaczyna budzić. Ale nie tak delikatnie tylko co? W ramach terapii szokowej próbował mi włożyć palec do nosa. Wiecie że o tej godzinie kobieta ma najwięcej siły w ciągu całej doby? No i mój Mężulek też się o tym przekonał, bo na pół śpiąco walnęłam go ręką. No i masz ci babo los, trafiłam go w nos (który w zeszlym roku był operowany) więc mężuś ze zbolałą miną wstał i sobie poszedł.
Tak się obraził, że przed śniadaniem mimo moich przeprosin zakomunikował z obrażoną miną, że więcej mnie już budzić nie będzie. Moje prośby o bardziej humanitarny sposób budzenia nie dały rezultatu a  mój współspacz postanowił przez najbliższe kilka dni okopać się na swoim polu bitwy i pocierpieć w samotności.
Nauczona przez książki i różne prelekcje staram się mu nie przeszkadzać. Co ja jednak na to poradzę, że mi dawno już przeszło i z każdą godziną wkurza mnie to coraz bardziej, że on nie chce się od-obrazić?

Taaa.. nadchodzi czas zakochiwania się moich dzieci. Co prawda Pierworodny ma aktualnie wstręt do wszystkich przejawów miłości w postaci pocałunków (jak coś takiego leci w TV to młody się odwraca i mówi: Fuj… nie lubię jak się całują), ale za to Karola idzie jak po bandzie.
Wczoraj Karolina męczyła Mężulka o to aby odwiedzić Filipa. My oczywiście nie byliśmy wtajemniczeni, o co chodzi  z tym odwiedzaniem, ale po kilku godzinach się wszystko wyjaśniło. Miało to miejsce w Auchan, gdzie jak co tydzień robimy zakupy. Nagle Karola krzyczy:
- Patrzcie patrzcie, to Filip. Ale jestem w nim zakochana!
I od razu pytanie do mnie:
- Mamuś, czy mogę wyjść ? (chodzi o wyjście przed kasy)
Zgoda byla od razu, więc córa przepchała się przez ludzi, stanęła naprzeciw kasy, przy której stał Filip i zaczęła filuternie bawić się swoimi warkoczykami stąpając z nogi na nogę.
Wygląda na to, że mamy naszą pierwszą miłość w domu.
***
W czasie drogi z Auchan pochwaliłam dzieciaki, że ładnie śpiewają i zasugerowałam, że mogą nam coś zaprezentować. Oczywiście nie wpadłam na to, żeby narzucić im repertuar, więc tradycyjnie otrzymaliśmy w prezencie piosenkę FEEL „Jest już ciemno”. Kiedy Mati zrobił wstawki typu „uuuu, uuu” między zwrotkami, rodziciele prawie zapluli ze śmiechu przednią szybę. Dziecko oczywiście od razu obrażone że nie doceniamy jego talentu, ale szybko dał się udobruchać. Czekam tylko na moment gdy FEEL zacznie mi się śnić. A może powinnam założyć fanklub tego zespołu w mojej rodzinie? Dwóch członków honorowych już mam!
***
Zaczynamy wchodzić w egzystencjalne tematy. Wczoraj podczas drogi do Auchan Karola zadała pytanie:
- kto z naszej rodziny umarnie pierwszy?
Wtedy rodzicielka poprawiła:
- Umrze Karolciu, umrze…
Na co rezolutna córa:
- Wiem, pierwszy umarnie Mati bo jest ode mnie starszy.
No i skupiaj się tutaj człowieku na nauce poprawnej polszczyzny jak takie problemy zaprzątają głowę mojej córce.

Zgłosiłam swojego bloga właśnie do konkursu o tytuł BLOG ROKU 2010. Zapraszam do czytania


  • RSS