Wczoraj wybrałam się z córeczką na rowerze do znajomej. Raptem jakieś 2,5 km. Nawet nie wiecie jak kilometry potrafią się mnożyć, gdy dziecko histeryzuje.
Zaczęło się od faktu, że Karola chciała jechać autem a „wredna” matka postanowiła uprzykrzyć jej życie i przejechać się rowerem. Jestem pewna, że na naszym osiedlu zostałam okrzyknięta „Matką Miesiąca” bo moje dziecko tak wyło, ze ludzie przystawali sprawdzając co takiego ja jej robię (a ja tylko prosiłam by pedałowała).

Potem doszedł problem świecącego słońca, jednak młoda nie chciała wrócić po okulary twierdząc, że to i tak nie pomoże.
Kolejny problem pojawił się na drugim zakręcie – Karolinie zrobiło się gorąco więc rozwyła się, że chce ubrać bluzę. Moje tłumaczenia, że jak jest gorąco to człowiek się rozbiera a nie ubiera, nie trafiły na podatny grunt.

Przy pierwszym skrzyżowaniu był problem z tym, że drapie ją pod kaskiem a po przejechaniu wiaduktu doszedł największy problem (bo ciągnął się ok 1km) – podnosząca się spódniczka.

Jednak dojechaliśmy, choć chwile załamania trafiały się co kilkaset metrów. I nie uwierzycie, że powrotna droga zajęła nam maksymalnie 10 min w tempie takim, że bałam się iż będę córę zdrapywać z chodnika (chyba postanowiła pobić rekord prędkości zjazdu z górki po kamieniach na 4 kółkach).

Grunt to zasiać ziarno zainteresowania w kierunku jazdy rowerem – w chwili obecnej dla Karolinki jest to najbardziej znienawidzony pojazd, ktorym można się poruszać. Dobrze, że Mati wszedł w okres w którym zaczyna zauważać plusy poruszania się na rowerze. Ostatnio pojechał na pocztę, bo uznał, że droga na piechotę zajmie mu więcej czasu. Niech ja policzę… czyli za jakieś 4 lata nasza córka też polubi rower? Do tego czasu albo moj mężulek osiwieje albo ja – w sumie jemu bardziej by to pasowało.