Dialogi dzieci przy śniadaniu potrafią doprowadzić co zachłyśnięcia się piciem.
Dzisiaj rano, dzieciaki wcinają kanapki a ja tłumaczę Młodemu gdzie znajduje się zegarmistrz:
- w ciągu sklepów, za panią Basią, no wiesz, przed ciocią Grażynką.
Młody myśli i mówi:
- a gdzie jest ciocia Grażynka?
Na co Karolinka wtrąca się:
- nie wiesz gdzie jest ciocia Grażynka? ona jest kosmetuszką (czyt. kosmetyczką).
No i wszystko jasne. Mateusz wyjaśnił siostrze że nie ma takiego słowa na co Karolina dostała głupawki. Coś mam podejrzenia, że to słowo wejdzie do naszego domowego słownika, tak jak wcześniejsza „szefcia”
***
Obowiązki – to chyba słowo TABU w dziecięcym języku. Dzieci dostają ataku migreny, wysypki oraz drgawek na to słowo więc chyba jednak coś wt ym musi być. Mateusz powoli przyzwyczaja się (jakby na to nie spojrzeć formatujemy go od momentu gdy był kumaty) na co Karola staje „okoniem” i stara się wyjaśnić rodzicom, że objawy alergiczne których od razu dostaje (przede wszystkim uwiąd w nogach) uniemożliwiają jej wykonanie zadania.
A może my za dużo wymagamy? Mateusz z Karolinką wyrzucają przesortowane śmieci (tzn Karola tylko w tym asystuje bo kosz jest za wysoki). Dzieci muszą utrzymywać porządek w swoich zabawkach (tzn powciskać na siłę na swoje półki), raz w tygodniu uczestniczą w „odgruzowywaniu” swojego pokoju. Ostatnio doszedł obowiązek sprzątania po sobie po posiłku (na razie wychodzi nam kiepsko bo Mateusz twierdzi że ma odruch wymiotny jak otwiera zmywarkę) czyli włożenie brudnych naczyń do zmywarki. Pytanie czy ja jestem służącą dzieciaków, które jak nie mają ochoty to nie pomagają? Zresztą czy są takie dzieci które z własnej inicjatywy chętnie pomogą kosztem swojego wolnego czasu? Chyba w bajkach lub we snach.
***
Patrzę przez okno i zastanawiam się, czy to napewno lipiec. Dwa dni temu nie wyszłabym z domu bez długiego rękawa a dziś znowu pochmurno i zbiera się na konkretny deszcz. Oglądam długoterminowe prognozy i zastanawiam się, jak my przeżyjemy taką pogodę na campingu. W chwili słabości kupiłam młodemu kalosze (to przecież niezbędny produkt na wakacjach co nie) bojąc się że na dobre utkniemy w przyczepie. Dzięki temu chociaż dziecko będzie wychodziło robić zakupy i donosząc spragnionym rodzicielom picie. My będziemy leżeć plackiem, patrzeć w sufit i sluchać dudniącego deszczu – już się cieszę.
***
W ramach przygotowania do wyjazdu wakacyjnego mój syn powróciwszy z wyjazdu w górach już na wejściu (nawet bez przywitania się ) zapytał mnie wprost:
- Mamo, nie będziesz się gniewać?
oooo.. poważna sprawa… zaczynam się bać wyobrażając sobie że moje dziecko zgubiło legitymację uczniowską, książeczkę zdrowia dziecka oraz cały bagaż (plecaka nie wliczam, bo go miał na sobie).
- Noooo nieeeee (chyba).
- No bo zgubiłem kurtkę!
To ci los. Akurat w połowie sezonu młody gubi kurtkę przeciwdeszczową! Uwielbiam te klimaty. Po wypakowaniu torby do strat doliczyłam jeszcze spodnie od piżamy.
Ale za to wzbogaciłam się o zapinkę z napisem SZCZYRK! Syn mimo naszych próśb o nierobienie nam prezentów postanowił kupić nam pamiątkę ze swojego wyjazdu. Teraz zastanawiam się, gdzie to przypiąć – może mężowi do garnituru? Byłoby bardzo gustownie. A najgorsze jest to, że muszę to gdzieś upiąć bo Mateuszowi będzie przykro. Kurka, to trudniejsze niż przygotowanie dwudaniowego obiadu!
Muszę poważnie zastanowić się, gdzie wysłać młodego na kolejny wyjazd – z gór mamy już:
- drewniane serduszko z napisem „Od dzieci dla rodziców” (już wisi w przedpokoju)
- drewienko z jakimś motywem wygrawerowanym na środku (wisi obok serduszka)
- drugie drewienko (po jednym dla rodzica) które czeka na swój dzień zawieszania
- no i ostatni nabytek czyli PTTKowska zawieszka ze Szczyrku Nota bene uważam, że 9 PLN za coś takiego to lekka przesada!