anulaaa blog

Twój nowy blog

Dostałam jakiś czas temu od koleżanki fajne spodnie - czarne, z połyskiem i srebrnymi cekinkami przy kieszeniach.
Dzisiaj wybrałam się w nich do pracy (żeby pokazać się koleżance no i zobaczyć jak się w nich czuję) ale pewnych zagadnień fizycznych po prostu nie przewidziałam. Rano jak to w moim zwyczaju zrobiłam sobie herbatę i kawę i z dwiema filiżankami chciałam zasiąść przed komputerem. Ponieważ obie ręce byly zajęte a krzesło ustawione w prawidłowym miejscu, zaryzykowałam czynność łączoną czyli siad + odkładanie filiżanek.
To był BŁĄD. Okazuje się, że ładne, błyszczące spodnie mają zerowy współczynnik tarcia tylnej powiechrzni płaskiej dolnej partii naszego ciała i po prostu w pięknym stylu zjechałam tyłkiem z krzesła (któe sobie po prostu odjechało). Uratowałam pół kawy i całą herbatę ale nie chcecie wiedzieć, jak wyglądało moje biurko – zamiast zaoszczędzenia 2 sec zużyłam jakieś 10 min.
Teraz gdy siadam trzymam krzesło dwiema rękami – tak na wszelki wypadek!   

Jaki komplement może córka powiedzieć własnej matce? Wczoraj się o tym przekonałam na własnej skórze.
Wracałam do domu z Karoliną i jej koleżanką Weroniką.
Weronika popatrzyła na mnie i powiedziała:
- Ładne ma Pani kolczyki.
Na co Karolina z oburzonym wzrokiem najpierw na koleżankę (jak śmiała komplementować jej rodzicielkę) po czym na mnie, od dołu do góry i spowrotem i spuentowała całe zdarzenie:
- Mamiś, ładne masz ubranie……… i nawet ciało masz ładne!
No i chyba nie będę mieć już więcej kompleksów na punkcie swojego wyglądu.
****
Mój pierworodny wyjechał na tydzień w góry. Oczywiście, że za nim tęsknię, oczywiście, że chciałabym się dowiedzieć co słychać, z kim jest w pokoju, jak mu się podoba i czy jest zadowolony. Ale ciągle to za mało, abym czuła potrzebę zaopatrzenia mojego dziecka w komórkę.
Wczoraj rozmawiałam z mamą innego chłopca, z którym Mateusz jest na wyjeździe. Oczywiście M. była bardzo zdziwiona, że mój syn nie jest w posiadaniu komórki, bo to jest nieodzowny gadget na takie wyjazdy. No bo przecież jakby ona mogła do niego nie zadzwonić 5x w ciągu dnia (o ile nie więcej …).
Przypominam sobie czasy moich kolonii i innych wyjazdów. Nie było komórek, nie było możliwości zadzwonienia z budki telefonicznej, pisało się pocztówki lub listy a potem po przyjeździe przez tydzień opowiadało rodzicom jak udał się wyjazd. Teraz wszystko jest wywrócone. Dziecko nie ma możliwości uczestniczenia w swoim wyjeździe tak w 100% bo ciągle czuje wirtualny oddech rodziców. Ci dzwonią co chwilę, pytają czy przebrało skarpetki, czy się ciepło ubiera, pamięta o myciu zębów itd. Trzeba dzieciom pozwolić się usamodzielnić, w końcu wychowawcy mają telefony, jakby coś się działo napewno zadzwonią.
Wychodzę z założenia, że dzieci w tym wieku należy wypuścić i pozwolić im odkryć uroki samodzielności. Bez tego nigdy tak naprawdę nie poczują się za nic odpowiedzialni bo zawsze będą mieć rodziców za swoimi plecami, którzy przypomną im o kluczowych sprawach.
A niech tam, jestem konserwatystką jeśli chodzi o takie sprawy – inni rodzice mogą mnie wytykać palcami, że za mało się przejmuję moim synem a prawda jest taka, że się przejmuję i to bardzo ale wiem, że do jego wzrostu potrzebna jest mu swoboda wyboru i podejmowania decyzji, za które potem sam odpowiada. Niech się uczy na własnych błędach. A ja poczekam tydzień aby o tym wszystkim się dowiedzieć.
***
Wczoraj moja córa stanęła na wysokości zadania i zdała test samodzielności. Młoda pluskała się w brodziku a ja akurat rozmawiałam przez telefon w kuchni. Przychodzę po kilku minutach do łazienki a szczęśliwa Karolinka stoi na podłodze i woła:
- Mamiś, już się ukąpałam i nawet włosy umyłam! zakomunikowała 4,5 latka.
Na włosach piany nie było więc uznałam, że dziewczyna dała radę.
Dzisiaj jednak mam co do tego wątpliwości bo wyszło na jaw że Karolinka pomalowała pomadką włosy swojego kucyka. Wobec tego co może zrobić ze swoimi włosami? Jak pomysł jej może wpaść do głowy? Dobrze, ze lakiery do paznokci są na najwyższej półce w lodówce.. ufff.

W niedzielę wybrałam się z córką do Zoo. Przecież nie będziemy siedzieć w domu jak łosie i udawać, że się dobrze bawimy bez chłopaków. Trzeba było zrobić coś wyjątkowego – czyli wycieczka do naszego Zoo.

Pierwszy szok – Zoo jest dla ludzi bogatych bądź takich, którzy mogą go odwiedzać w ciągu tygodnia. W weekend obowiązują inne stawki i uważam, że są lekko wyśrubowane. No ale dobra, raz się żyje!

Kolejne spostrzeżenie – dzieciaki (byłam ze znajomymi i ich córeczką) nakręcają się wzajemnie przez jakieś 2-3 h. Potem nieodzwone jest noszenie na barana (w końcu byliśmy 4h na nogach). Rower to najfajnieszy wynalazek do Zoo (będę o tym pamiętać następnym razem).

Jakie zwierzę było najbardziej wspominane przez córkę? Nie tygrys (który przeszedł 5 kroków od nas), nie słoń w nowej wybajerowanej słoniarni, żadne tam małpki czy żyrafy. To był…. leniwiec i szczurokangur. Ciekawe połączenie!

Niezbędnik każdego zoo-podróżnika to:
- plastry na zadrapania i zranienia (to bardzo niebezpieczna wyprawa)
- batony energetyczne (w każdej ilości bo dzieci ciągle narzekają na zmęczenie)
- mapka na której zaznaczone są zwierzęta (dobrze żeby najciekawsze były na końcu wtedy ma się marchewkę na dzieci)
- kasa na lody
- czujne oko omijające wszelkie stragany z badziewiem typu kolowe balony czy inne rzucane po chwili zabawki   

Opuściłam się w pisaniu bloga, jednak powoli wychodzę znowu na prostą. Od ostatnich zdarzeń wiele się działo w naszej rodzinie. Była Pierwsza Komunia, wielkie zdarzenie dla mojego syna ale i dla nas jako rodziców. Było zakończenie roku szkolnego i świadectwo z wyróżnieniem dla Matiego (chociaż ja i tak twierdzę jako matka, że jego braki są większe niż jego wiedza stąd nie rozumiem dlaczego Pani go tak chwali – ale może mówi o innym Mateuszu LOL?) a pomiędzy tym wiele małych zdarzeń, które wzmacniały bądź osłabiały naszą rodzinę.

Wczoraj mąż wrócił z Pierworodnym z tygodniowego spływu kajakowego. Chłopacy opaleni, zarośnięci (tylko ten większy), nogi tak brudne że trudno ustalić gdzie zaczynają się paznokcie (tylko raz mieli nocleg na campingu, reszta to leśne pola biwakowe) ale szczęśliwi, że spływ się udał. Mati był dumny z tego, że on z tatą byli najwięcej razy na takich spływach więc często pomagali innym, bo sami byli bardzo dobrze zorganizowani (tzn mąż trzymał syna w ryzach bo Mati nigdy nie byl dobrze zorganizowanym dzieckiem).

Rano jak tylko Karolinka ustaliła, że chlopaki przyjechali, wdrapała się na łóżko piętrowe do Mateusza, żeby się do niego przytulić. Może i działają sobie na nerwy, wkurzają się nieustannie ale dzisiaj rano było widać wielką miłość – po prostu iskrzyło między moimi dziećmi. Mati oczywiście zachowywał „twarz” i mówił:
- Daj mi spokój, bo chcę jeszcze spać!
Ale widać było, że sprawia mu przyjemność jak jego młodsza siostrzyczka „łasi” się do niego.
Jestem dumna z moich dzieciaków!

Dziś Mateusz się zwierzył że będzie miał pierwszą kartkówkę z angielskiego. Matka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i przysiąść z synem aby nauczyć go porządnie, jak się trzeba uczyć angielskiego (w końcu ile godzin na tym spędziła to już inna kwestia). No i tu trafiliśmy na poważny opór materiału.
Oto kolejne etapy naszej nauki:
- najpierw próba negocjacji aby przełożyć tą chwilę na środę (czyli zyskać 2 dni wolnego)
- potem okres opłakiwania bajki gdy okazało się, że nie da się tego nauczyć i jeszcze oglądnąć TV
- etap lamentu nad ilością słów (dla zobrazowania dodam że chodzi o dni tygodnia – poprawne wymawianie oraz napisanie)
- chwila zwątpienia nad ciągłą walką z matką (dodam że słownictwo pojawiające się w tamtej chwili w głowie mojego dziecka nie nadawałoby się napewno na ten blog, gdyby słowa mogły zabijać padłabym dawno martwa)
- kolejny etap to zalanie się łzami i to literalnie bo kartka była mokra po tym jak kazałam dziecku przepisać każde słówko 10 razy. Wg Mateusza miało mu to zająć conajmniej do rana
- etap zwątpienia i na koniec biała flaga na maszcie!
Okazało się, że wystarczy przepisać słówka tylko po 4 razy i nawet weszły do głowy.
Na koniec prawie godzinnej batalii językowej dziecko przytuliło się do mnie a potem poszło się pochwalić tacie co opanowało.
Liczę, że nauka miesięcy pójdzie już łatwiej, bo jeśli nie, to muszę sobie kupić RedBulla i łyknąć go z jakąś wódką – to nie jest na moje nerwy, kochani!

Moja córka została prekursorką mody nocne (piżamowej). Dziś w nocy chciałam ją przykryć, gdy nagle zauważyłam dziwny twór na jej głowie. Okazało się, że dziecko do spania ubrało sobie kaptur z kurtki przeciwdeszczowej.
Zastanawiam się nad powodami takiej decyzji:
- Karola została prekursoką mody i od teraz wszyscy będą sypiać w przecidweszczowych kapturach
- Mateusz w nocy leje Karolinę wodą i dziecko się zabezpiecza przed takimi ewentualnościami
- Należy przemyśleć ponownie fakt zakręconych kaloryferów, bo dziecko marznie w uszy.
A może po prostu brak powodów na taką nocną szlaufmycę?

Jak poprosić o Coca colę, kiedy się nie pamięta jej nazwy? Moja córeczka poszła po rozum do głowy i miło poprosiła:
- Mamiś, czy mogę dostać tej czekolady w butelce?
***
Jak nazywa się pani weterynarz? Nic prostszego – weterynareczka!

Znowu jeżdżę do pracy rowerkiem i po raz kolejny zastanawiam się nad polskimi realiami dróg rowerowych a raczej ich braku. Do pracy mam ok 10 km z czego max 1km to droga rowerowa. Reszta to raczej jazda po drodze mając na uwadze fakt, że polscy kierowcy traktują rowerzystów jak zjaw (czyli brak ciała materialnego, mozna przez taką zjawę przejść i nic się nie stanie).
Dziś przyszły mi do głowy pomysły racjonalizatorskie:
- przymocowanie na wysięgniku z lewej strony koła pędzla malarskiego zamoczonego w jaskrawozielonej farbie (tzw. oczojebnej – przepraszam za słownictwo ale to słówko idealnie oddaje kolor farby), tak aby samochody wyprzedzające na grubość lakieru byly znakowane. Daję słowo, że po tygodniu jazdy z takim wynalazkiem większość samochodów na głównym rondzie miałaby piękne pasy na długość samochodu.
- uświadomienie ludzi, że droga rowerowa to miejsce dla rowerów, bo większość ludzi rano wyprowadza tam pieski lub idzie z dzieckiem. No i oczywiście wszyscy robią wielkie oczy jak grzecznie ich przepraszam (choć to moje miejsce a nie ich).
***
Ostatni hit naszych bajek to „Marvi Hammer” czyli National Geographic dla dzieci i młodzieży. Nawet Karolinka chętnie ogląda krótkie programy edukacyjne o zwierzętach. Ciekawe jak długo będą tym zainteresowani bo „Fineasz i Ferb” znudził się po jakimś roku (dopiero).

Znowu jakieś przestoje w pisaniu, miałam problemy z oczami więc zupełnie się odcięłam od netu – ale wracam z podwójną dawką siły!
***
Dzieciaki potrafią mnie ciagle zaskakiwać. Karolinka ma kolejną przyjaciółkę a ja chyba muszę sobie założyć jakiś dokładny spis (najlepiej ze zdjęciem) bo zaczynam się w tym gubić. Wszystkie mamy mam wpisane jako np: Mama Zosi, Mama Amelki… normalnie zrobiła się z tego długa lista po tym jak doszło kilka mam od Mateusza kumpli. Chyba muszę wymyslić inną metodę oznaczania tych telefonów :D
***
Karolinka przeszła kolejny etap swojego dorastania:
- jeździ na rowerku 16 cali z dwoma bocznymi kółkami. W niedzielę zrobiła na tym sprzęcie ok 7-8km i jestem dumna że sobie dała radę a wieczorem nawet miala siłę na oglądnięcie bajki. Boczne kółka ją ograniczają jeśli chodzi o prędkość i gdyby nie nasze dziurawe chodniki Karolina jechałaby naprawdę szybko – trzeba wygrzebać z piwnicy kask rowerowy, bo aż strach patrzeć jak szybko przebiera nóżkami.
- ostatnio córa poinformowała rodziców, ze od dziś kąpie się sama. Skutek? Prawie ukręcony wąż od prysznica ale dziecko ma samodzielnie umyty brzuch i ręce. A to że zapomina o plecach, tyłeczku i nogach to mały pryszcz.
- Mateusz tak zakolegował się z Erykiem, że wczoraj Eryk mnie poinformował, że chętnie wymieni swoją siostrę na Mateusza.
Kuusząca propozycja? eee musi być równość w domu a nie trzy dziewuchy i jeden mężczyzna.
***
Wczoraj na obiad miałam gołąbki. Wieczorem widzę, że mężulek chodzi po kuchni i szuka czegoś do przekąszenia. Nagle staje i aż za głowę się łapie. Okazało się, ze wczoraj w firmie miał obiad ale o nim zapomniał (jak można zapomnieć ze się zjadło dwudaniowy obiad?) więc w domu zjadł jeszcze 3 gołąbki a wieczorem znowu mu burczało w brzuchu. Czyżby mu się żołądek rozciągnął na długość obu nóg? bo innego wyjaśnienia nie znajduję.

Znowu jakieś przestoje w pisaniu, miałam problemy z oczami więc zupełnie się odcięłam od netu – ale wracam z podwójną dawką siły!
***
Dzieciaki potrafią mnie ciagle zaskakiwać. Karolinka ma kolejną przyjaciółkę a ja chyba muszę sobie założyć jakiś dokładny spis (najlepiej ze zdjęciem) bo zaczynam się w tym gubić. Wszystkie mamy mam wpisane jako np: Mama Zosi, Mama Amelki… normalnie zrobiła się z tego długa lista po tym jak doszło kilka mam od Mateusza kumpli. Chyba muszę wymyslić inną metodę oznaczania tych telefonów :D
***
Karolinka przeszła kolejny etap swojego dorastania:
- jeździ na rowerku 16 cali z dwoma bocznymi kółkami. W niedzielę zrobiła na tym sprzęcie ok 7-8km i jestem dumna że sobie dała radę a wieczorem nawet miala siłę na oglądnięcie bajki. Boczne kółka ją ograniczają jeśli chodzi o prędkość i gdyby nie nasze dziurawe chodniki Karolina jechałaby naprawdę szybko – trzeba wygrzebać z piwnicy kask rowerowy, bo aż strach patrzeć jak szybko przebiera nóżkami.
- ostatnio córa poinformowała rodziców, ze od dziś kąpie się sama. Skutek? Prawie ukręcony wąż od prysznica ale dziecko ma samodzielnie umyty brzuch i ręce. A to że zapomina o plecach, tyłeczku i nogach to mały pryszcz.
- Mateusz tak zakolegował się z Erykiem, że wczoraj Eryk mnie poinformował, że chętnie wymieni swoją siostrę na Mateusza.
Kuusząca propozycja? eee musi być równość w domu a nie trzy dziewuchy i jeden mężczyzna.
***
Wczoraj na obiad miałam gołąbki. Wieczorem widzę, że mężulek chodzi po kuchni i szuka czegoś do przekąszenia. Nagle staje i aż za głowę się łapie. Okazało się, ze wczoraj w firmie miał obiad ale o nim zapomniał (jak można zapomnieć ze się zjadło dwudaniowy obiad?) więc w domu zjadł jeszcze 3 gołąbki a wieczorem znowu mu burczało w brzuchu. Czyżby mu się żołądek rozciągnął na długość obu nóg? bo innego wyjaśnienia nie znajduję.


  • RSS