anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: dzieci

Ciekawe powroty

1 komentarz

Wakacje dawno się skończyły a ja zaczęłam kolejny etap swojego życia rodzinnego i osobistego. Co takiego się zdarzyło? Oj wiele rzeczy ale może o niektórych choć napomknę.
Mój pierworodny syn poszedł do trzeciej klasy. To jakaś masakra – można by to skomentować. Młody ma taki opór przed lekcjami, że wołami trzeba go zaciągać. Matka jednak postawiła sobie za punkt honoru nauczenie go porządnie podstaw języka angielskiego. Skutek? Siedzimy sobie nad angielskim trzy razy w tygodniu po pół godziny. Może to nie jest dużo, ale efekty już widać. Mateusz zaczyna bardziej kumać, wreszcie wie jak odpowiedzieć na pytanie i dlaczego akurat tak a nie inaczej się pytam.
Nie podoba mi się to co nauczyciele zrobili z nauczaniem angielskiego. Może i dziecko osłuchuje się z językiem od pierwszej klasy, ale co z tego, że umie po angielsku różne owady jeśli nie umie podstawowych zwrotów w obcym języku. Tak to mój syn spędził dwa lata ucząc się głupkowatych i nieprzydatnych słów (na przykład – patyczak) a nie umiał powiedzieć: I am a boy. What is it lub innych.
Przekonanie dziecka, że matka może mieć rację to Syzyfowa praca i każdy, kto się za to zabiera powinien od razu dostać Medal za waleczność.

Nasza córeczka z aniołka (z małymi różkami) zrobiła się pyskatym aniołkiem. Jej ulubione hasło to: No ej! (w sumie lepsze niż niektóre teksty „puszczane” przez rówieśników ale i tak wkurzające). Do tego rozwinęła umiejętność używania takich dźwięków w rozmowie (czyt. pyskówce) z bratem, że działają na rodziców jak gwizdek na psa. Niby prawie nic nie słychać ale słowa po prostu świdrują czaszkę i doprowadzają do wściekłości dorosłe osoby. Znaleźliśmy na to metodę (jak na razie skuteczną) – każde dziecko musi bawić się w pokoju. Efektem tego jest bombardowanie nas dwiema rodzajami muzyki czyli na przykład Arka Noego i kolędy (taa. wiem, niby początek jesieni a my już kolędujemy). Mieszanka wybuchowa – mówię wam.

Na wakacjach wraz z mężem postanowiliśmy o rocznej abstynencji od alkoholu. Dla osób niezwiązanych z ruchem Domowego Kościoła to zupełnie niezrozumiałe postanowienie, bo po co sobie odmawiać czegoś, od czego nie jesteśmy uzależnieni? Nie będę tłumaczyć naszych powodów bo to nie miejsce i czas. Czuję jednak, że odmawianie sobie czegoś, co lubię, bez czego nie było spotkania z przyjaciółmi czyni mnie silniejszą. Niby człowiek nie ma z tym problemu, ale jeśli pomyśli chwilę to znajdą się głupie rzeczy czy słowa które wypowiedzieliśmy pod wpływem alkoholu. W związku z tym w tym roku nie robimy wina – nasze zeszłoroczne winko będzie miało czas dojrzeć przez następne miesiące.

Przyglądając się rynkowi pracy w Polsce dochodzę do wniosku, że jest coraz gorzej. Wymagania z kosmosu, wiek poniżej 30, najlepiej podpisać lojalkę o tym, że nie zajdzie się w ciążę. Ostatnio zaczynają się pojawiać jeszcze oferty na ” bardzo osobiste asystentki”. Tutaj nie jest ważne co masz w głowie ale to co masz w tali i biuście. Dość prymitywny sposób szukania sobie kogoś na samotne wieczory. A najgorsze jest to, że sytuacja w której młodzi ludzie się aktualnie znajdują powoduje, że część dziewczyn napewno na takie anonse odpowie. Czy godna praca to już fikcja w naszej rzeczywistości? Czy każdy z nas musi się dostosować do tego wyścigu szczurów a jak nie to wynocha z naszej bajki?

Dialogi dzieci przy śniadaniu potrafią doprowadzić co zachłyśnięcia się piciem.
Dzisiaj rano, dzieciaki wcinają kanapki a ja tłumaczę Młodemu gdzie znajduje się zegarmistrz:
- w ciągu sklepów, za panią Basią, no wiesz, przed ciocią Grażynką.
Młody myśli i mówi:
- a gdzie jest ciocia Grażynka?
Na co Karolinka wtrąca się:
- nie wiesz gdzie jest ciocia Grażynka? ona jest kosmetuszką (czyt. kosmetyczką).
No i wszystko jasne. Mateusz wyjaśnił siostrze że nie ma takiego słowa na co Karolina dostała głupawki. Coś mam podejrzenia, że to słowo wejdzie do naszego domowego słownika, tak jak wcześniejsza „szefcia”
***
Obowiązki – to chyba słowo TABU w dziecięcym języku. Dzieci dostają ataku migreny, wysypki oraz drgawek na to słowo więc chyba jednak coś wt ym musi być. Mateusz powoli przyzwyczaja się (jakby na to nie spojrzeć formatujemy go od momentu gdy był kumaty) na co Karola staje „okoniem” i stara się wyjaśnić rodzicom, że objawy alergiczne których od razu dostaje (przede wszystkim uwiąd w nogach) uniemożliwiają jej wykonanie zadania.
A może my za dużo wymagamy? Mateusz z Karolinką wyrzucają przesortowane śmieci (tzn Karola tylko w tym asystuje bo kosz jest za wysoki). Dzieci muszą utrzymywać porządek w swoich zabawkach (tzn powciskać na siłę na swoje półki), raz w tygodniu uczestniczą w „odgruzowywaniu” swojego pokoju. Ostatnio doszedł obowiązek sprzątania po sobie po posiłku (na razie wychodzi nam kiepsko bo Mateusz twierdzi że ma odruch wymiotny jak otwiera zmywarkę) czyli włożenie brudnych naczyń do zmywarki. Pytanie czy ja jestem służącą dzieciaków, które jak nie mają ochoty to nie pomagają? Zresztą czy są takie dzieci które z własnej inicjatywy chętnie pomogą kosztem swojego wolnego czasu? Chyba w bajkach lub we snach.
***
Patrzę przez okno i zastanawiam się, czy to napewno lipiec. Dwa dni temu nie wyszłabym z domu bez długiego rękawa a dziś znowu pochmurno i zbiera się na konkretny deszcz. Oglądam długoterminowe prognozy i zastanawiam się, jak my przeżyjemy taką pogodę na campingu. W chwili słabości kupiłam młodemu kalosze (to przecież niezbędny produkt na wakacjach co nie) bojąc się że na dobre utkniemy w przyczepie. Dzięki temu chociaż dziecko będzie wychodziło robić zakupy i donosząc spragnionym rodzicielom picie. My będziemy leżeć plackiem, patrzeć w sufit i sluchać dudniącego deszczu – już się cieszę.
***
W ramach przygotowania do wyjazdu wakacyjnego mój syn powróciwszy z wyjazdu w górach już na wejściu (nawet bez przywitania się ) zapytał mnie wprost:
- Mamo, nie będziesz się gniewać?
oooo.. poważna sprawa… zaczynam się bać wyobrażając sobie że moje dziecko zgubiło legitymację uczniowską, książeczkę zdrowia dziecka oraz cały bagaż (plecaka nie wliczam, bo go miał na sobie).
- Noooo nieeeee (chyba).
- No bo zgubiłem kurtkę!
To ci los. Akurat w połowie sezonu młody gubi kurtkę przeciwdeszczową! Uwielbiam te klimaty. Po wypakowaniu torby do strat doliczyłam jeszcze spodnie od piżamy.
Ale za to wzbogaciłam się o zapinkę z napisem SZCZYRK! Syn mimo naszych próśb o nierobienie nam prezentów postanowił kupić nam pamiątkę ze swojego wyjazdu. Teraz zastanawiam się, gdzie to przypiąć – może mężowi do garnituru? Byłoby bardzo gustownie. A najgorsze jest to, że muszę to gdzieś upiąć bo Mateuszowi będzie przykro. Kurka, to trudniejsze niż przygotowanie dwudaniowego obiadu!
Muszę poważnie zastanowić się, gdzie wysłać młodego na kolejny wyjazd – z gór mamy już:
- drewniane serduszko z napisem „Od dzieci dla rodziców” (już wisi w przedpokoju)
- drewienko z jakimś motywem wygrawerowanym na środku (wisi obok serduszka)
- drugie drewienko (po jednym dla rodzica) które czeka na swój dzień zawieszania
- no i ostatni nabytek czyli PTTKowska zawieszka ze Szczyrku Nota bene uważam, że 9 PLN za coś takiego to lekka przesada!

Moja córka została prekursorką mody nocne (piżamowej). Dziś w nocy chciałam ją przykryć, gdy nagle zauważyłam dziwny twór na jej głowie. Okazało się, że dziecko do spania ubrało sobie kaptur z kurtki przeciwdeszczowej.
Zastanawiam się nad powodami takiej decyzji:
- Karola została prekursoką mody i od teraz wszyscy będą sypiać w przecidweszczowych kapturach
- Mateusz w nocy leje Karolinę wodą i dziecko się zabezpiecza przed takimi ewentualnościami
- Należy przemyśleć ponownie fakt zakręconych kaloryferów, bo dziecko marznie w uszy.
A może po prostu brak powodów na taką nocną szlaufmycę?

Dzieciaki niby podobne a różne co wychodzi w codziennym życiu:
Jak krzyknę z drugiego pokoju, że koniec bajki, to Karolna odchodzi od TV, Mateusz jest tak zafascynowany nawet reklamami, że nie odpuści nawet 5 sekund. Karolina potrafi zawołać do mnie:
- Już się skończyło Mamiś!
Natomiast Mateusz będzie udawał, że zupełnie zapomniał nas o tym powiadomić.
To samo przy grach: Mateusz gra mimo naszych próśb o wyłączenie komputera stosując taktykę:
- Mamuś, ostatnia gra, już kończę..
Po czym oczywiście kończy dopiero wtedy, gdy nad nim staniemy i przypomnimy o wcześniejszej rozmowie.
Karolina za to jest inna, jak usłyszy, że to ostatnia gra, to po paru minutach głośno krzyczy:
- Mamiś skończyłam!
Jedynie podejście do sprzątania mają podobne (jak zresztą chyba 90% dzieciaków) czyli mamy „żałobę w rodzinie” a tyle ile rodziciele się nasłuchają na temat wyzysku dzieci i tego, że bolą ich głowy, nogi, ręce, serce i Bóg wie co jeszcze, że powinni być odznaczeni najwyższym medalem za odwagę na polu walki. Bo życie z dziećmi, które ciągle idą pod prąd rodzicielskiego wychowania to ciągła walka.
***
Kolejny przykład z naszego codziennego życia czyli posiłki.
Oboje mają tendencję do podpierania się przy stole – ciekawe jest to, że nikt prócz nich tego nie robi więc skąd mają ten nawyk? Przedszkole? Tak czy owak mimo ciągłego przypominania wystarczy spuścić ich z oczu na 10 min a co zastaniesz? Dziecko siedzące nad talerzem i konsumujące posiłek w pozie podparcia (czyli cieć na dyżurze).
Ostatnio dzieciaki sprawdzają naszą konsekwencję: Mężulek mówi do córy:
- Pochyl się nad talerzem bo cała sukienka będzie brudna!
A Karola patrząc mu w oczy bierze mięsko na widelec i go do buzi podczas, gdy siedzi oparta o krzesło i do tego ze zsuniętym tyłkiem. Mężulek nie tracąc zimnej krwii powtarza dodając informację, że liczy do trzech i będzie kara. Nie zgadniecie, kiedy Karolina się pochyla nad talerzem – ZAWSZE po cyfrze DWA. Hm, a może zmienić kolejność i liczyć od dwóch ?
Za to Mati… taaa, Mati jest błądzącym w chmurach dzieckiem i pamięta nakazy czy zakazy jakieś 5 min. Potem kolejne obrazy z życia zastępują miejsce temu co rodziciele mówili.
Niby te same typy dominujące charakteru a jednak… różnice zauważalne. I jak tu traktować ich jednakowo jeśli są tacy inni?

Wszyscy od razu kojarzą francuskiego pieska jako wybredną osobę. Ja mam jednak inne skojarzenie. Karolina właśnie wchodzi w okres kiedy zaczyna uczyć się wymowy literki „r” stąd na razie jej wychodzi na modłę francuską a że lubi pieski to została „francuskim pieskiem”.
Tak więc kilka dni temu wieczorem przychodzi do mnie i mówi:
- Mamiś, czy mogę dostac na koRano pRasterek?
aaaa, zapomniałam dodać że córa zmieniła również imię z Karolina na KaroRina. Ciekawie się zaczyna. Aż się boję myśleć jak dojdziemy za jakiś czas do wymowy „sz” oraz „cz” bo na chwilę obecną Mati ma taką zabawę: mówi do swojej siostry:
- Powtórz za mną – SZUSZU.
Na co Karolina powtarza ale wychodzi jej zdziebko inaczej:
- SIUSIU.
***
Ostatnie odkrycie naszych dni. Okazuje się, że stare auto można szybko sprzedać. W sobotę mężulek chciał wystawić na Allegro moja starą Sienę. No i męczył się, wklejał zdjęcie i Voila – nic się nie ustawiło do sprzedaży. Po prostu zniknęło! Po jakis 5 min mężulek doszedł do wniosku, że chyba coś skopał bo nie ma ani potwierdzenia z allegro ani informacji, że samochód jest na aukcji. Jak się okazało zanim dostaliśmy potwierdzenie wystawienia już ktoś zdążył zalicytować i autko było sprzedane. To się nazywa tempo. A liczyłam że trochę dłużej będziemy się z nim rozstawać.
***
Dzieci i choroby to temat rzeka. Gdy dziecko ma gorączkę to wydaje się, że umiera, nie rusza się, leży plackiem i patrzy w sufit przez bitą godzinę a moje serce aż boli, gdy to widzę. Niech tylko gorączka spadnie a po 10 min wraca dawny zawadiaka i zartowniś. Dziś Karolina miała drugi dzień serialu „wymiotujemy na żądanie”. Biedna była w tej swojej chorobie. Jak tylko brzuch przestał dokuczać to od razu było pytanko do mamy:
- Mamuś, a będę mogła pograć w ubieranki?
Aaa zapomniałam dodać że dzięki ospie nasza córa nauczyła się sama ubierać laleczki (taka gra dla dziewczynek). Wiecie jak to jest gdy dziecko przez tydzień jest zamknięte w domu, po prostu dostaje na głowę. Mężulek w akcie desperacji włączył jej grę, posadził przed komputerem i powiedział:
- Jak chcesz grać to musisz się nauczyć pracować z myszką!
Zgadnijcie jak przywitała mnie córa parę godzin później?
- Mamiś, mamiś, chcę ci pokazać jak umiem grać w ubieranki. SAMA!
No i sami ukręciliśmy sobie sznurek bo teraz młoda idąc śladami brata wpadła na pomysł wymieniania wieczorynki na 15 min grania. I jak tu traktować dzieciaki zgodnie z wiekiem jeśli oni dążą do tego aby być na równo? Szczególnie Mateusz to nam wypomina, że traktujemy go inaczej niż jego siostrę, ale przecież nie mogę mieć takich samych kryteriów do 9latka jak do 4latki. Do niego jeszcze te argumenty trafiają ale jego ciostra jest już na nie niestety oporna. Będzie orka na ugorze, oj będzie.

Karola miała dzisiejszą terapię biedronkową czyli malowanie fioletem. Prócz totalnego uwiądu ciała przy smarowaniu 20 kropki młoda odstawiła mi takiego węża że dzięki temu moje wszystkie palce są w kolorze fioletu a kolor moich paznokci nieco zaginął niestety. No cóż. Takie jest życie przy wężowej biedronce :D
***
Wstawki, które dzieci fundują swoim rodzicom powinny być nagrywane, a w ramach nauk przedmałżeńskich puszczane narzeczonym – aby poważnie się zastanowili nad swoim wyborem. Z drugiej strony takie nauki by pewnie odstraszyły 90 % penitentów i nasze społeczeństwo zaczęłoby wymierać. W sumie to już powoli wymiera więc tylko byśmy przyłożyli się lekko do tego procesu. Dziś na przykład Pierworodny był poinformowany, że ma wyrzucić plastik + papier. Nie było tego dużo ale chcieliśmy, aby zrobił to przed wyjazdem (jutro wyjazd na obóz judo – już się boję myśleć jaki Karmagedon tam będzie miał opiekun z gromadą takich Pierworodnych jak mój syn). Oczywiście dziecko olało nasz komunikat a jak usłyszał to znowu 20 min przed bajką (w połowie rozbierania się do kąpieli) to oczywiście odpysknął:
- Czuję się tutaj jak niewolnik!
Zastanawiam się ile zdążył jeszcze powiedzieć po drodze do śmietnika. W sumie droga niedaleka więc może tylko usłyszeli to sąsiedzi z pobliskiej klatki? Poczułam się jakbym przeniosła się do antycznego Rzymu, Ja – piękna kobieta i on – mój niewolnik.
Obiecuję sobie, że na 18 te urodziny spiszę te jego pyskówki i dostanie je ode mnie w prezencie.
***
Update: Syn dowiedział się, że będzie włączony „Bolek i Lolek”. Oczywiście poleciała wiązanka w stylu: Nie znoszę Bolka i Lolka! To jest takie nudne, szkoda że nie wiedziałem, że to będzie itd. No to mąż wkroczył do akcji i kazał Pierworodnemu iść do pokoju. Teraz młody wyje w pokoju, że on już chce oglądać Bolka, to jest jego ulubiona bajka.
Great. Uwielbiam kiedy dzieci zmieniają zdanie szybciej niż kobieta w ciąży (a ja potrafilam je zmieniać dość szybko, jednak moje dzieciaki opanowały tą umiejętność do granic możliwości).
Ostatnie podrygi młodego w pokoju, już nie wyje tylko mówi głośno: Tata, ja chcę oglądać, tata ja chcę oglądać (doliczyłam już 6 razy). Pewnie jak przejdzie do etapu, że trzeba przeprosić a nie wyć to będzie koniec kary. Ciekawe jest to, że taką metodę mamy od początku wychowania Pierworodnego a on JESZCZE nie zajarzył mechanizmu. A wydawało się, że dzieci są takie bystre!

No i mamy własną hodowlę szczepów ospy wietrznej. Jeśli ktoś chciałby „załatwić” tą chorobę póki dzieciaki w miarę małe, to zapraszam. Nasza córeczka wygląda jak dalmatyńczyk tylko, że fioletowy. Każda krosteczka musi być potraktowana z odpowiednią czcią i zabalsamowana fioletem. Dzięki takiej procedurze brzuch mojego dziecka powoli ma więcej koloru fioletowego niż białego, na szczęście że na buzi „wylazło’ nam na razie tylko parę kropeczek.
Najgorsze są te krostki we włosach. Zastanawiam się, czy jak nie będę myła włosów córy przez kilka dni, to jej się włosy zafarbują na stałe? Bo w chwili obecnej wygląda sobie tak jakby się przygotowywała do wyjścia na bal karnawałowy i zrobiła sobie fioletowe placki na głowie :D
Najgorsze oczywiście jest to, że ubrania też podłapują kolor. Sprawdziliśmy to już na ulubionej bluzeczce Karoliny, która od wewnątrz jest upiększona plamami z fioletu – pewnie po chorobie bez cienia żalu się z nią pożegnam, choć dla córy będzie to pewnie poważny problem.
No i jeszcze jeden efekt uboczny wietrznej ospy – dziecko marudzi o wszystko a najbardziej o to że ją swędzi. No ale co ja jej na to poradzę? Możemy delikantnie masować przez ubranie i nic więcej a młoda potrafi się oczywiście nakręcić na maxa. Tak czy owak wieczorem po kilku godzinach zajmowania się dzieckiem mam dosyć wszelkiego „miałkotu”.
A mina mojego mężulka jak ma zostać z miałczącym dalmatyńczykiem jest po prostu bezcenna – może mu pstryknę jakąś fotkę przed wyjściem do pracy? Ale tak to jest jak się ma niewykorzystany urlop, trzeba się poświęcić i go wybrać właśnie z takich chwilach.

Wczoraj mężulek poszedł na coroczne spotkanie firmowe, była uroczysta kolacja i jakaś potańcówka ale znając moją drugą połówkę jakoś nie garnął się do potupajki i raczej siedział z kumplami gadając o wszystkim i niczym. Wrócił koło 1 do domu i chyba był jednym z pierwszych którzy wychodzili. Pytacie czemu? Bo dziś mamy bal karnawałowy i chłop chciał się oszczędzić.
Ok 8 obudziły nas dzieciaki, mężulek wyglądał na całkiem świeżego aż do pośniadaniowej kawy przy której prawie zasnął. No ale nic, wmusił ją w siebie, po czym 15 min później znalazłam go w sypialnii ,gdzie chował głowę pod poduszką twierdząc, że ma światłowstręt. Całkiem nieźle jak na kilka godzin zabawy, aż boję się myśleć w jakim stanie będzie jutro po zabawie karnawałowej, do której się przygotowujemy.
***
Rozmowy wieczorne małżonków. Ja leżę wtulona w mojego ukochanego męża i cicho szepczę:
- Może porozmawiamy o nas, o związku (czyt. chciałabym, abyś mi powiedział, że nadal mnie kochasz… wiem wiem, niezły kamuflaż, ale niech mężulek ćwiczy swoje szare komórki a nie dostaje wszystko na tacy).
Na co pół śpiący mężulek odpowiada:
- A w związku z tym, może byś zgasiła światło?
No i czy nie pogadaliśmy o związkach?
***
Co może być weselszego od obserwowania moich dwóch facetów jak z wypiekami na policzkach próbują po raz n-ty przejść poziom w grze na PS3? Całkiem niezła gimnastyka, boję się nieco, że Mateusz wybije joystickiem zęby mężulkowi bo takie robi wygibasy. A jakie wstawki, aż mnie brzuch boli jak siebie dopingują:
- Noooo dawaj, miałeś nie spadać! – mówi mężulek
- Tato, poddajmy się, nie damy rady – mówi po chwili syn
- Nie poddawaj się! Dasz radę – krzyczy mężulek
- O ja cię, ja się trzymam na jednej ręce! Ej nie trzymaj mnie tata, jak ty mnie tym ciągnąłeś? no pokaż, pokaż! – mówi Mateusz.
Teraz chyba mają jakieś podskoki w grze bo co chwilę robią „Falę”.
I tak od godziny. Ciekawe kiedy im się to znudzi. Z drugiej strony cieszę się, że robią to razem, że jest to ich wspólna zabawa a ja nawet nie próbuję się w to wkręcić bo znając siebie, pewnie bym tylko chciała w to grać.

choroba

Brak komentarzy

No i mnie dopadło. Nie żebym była obłożnie chora, po prostu czuję się średnio na jeża (ciekawe skąd to określenie bo przecież my ludzie wcale nie wiemy czy jeże czują się średnio, może lepiej wprowadzić inne określenia typu: średnio na chomika czy średnio na nietoperza?), z nosa cieknie, w gardle jakbym miała piłeczkę do tenisa i ten ból skóry.
Czy wy też tak macie, że w chorobie jak ktoś dotyka wam skóry to jakby przykładał zimne ostrze noża? Normalnie aż mnie wzdryga na samą myśl o dotyku. Czy  ktoś zna sposób, aby to zakomunikować bezboleśnie mężulkowi? Bo wczoraj jak delikatnie mówiłam (chyba jednak mało asertywnie oraz mało obrazowo – muszę nad tym popracować) to się chłop obraził, że nie chcę aby mnie przytulał w łóżku. No dobra, przełknęłam tą uwagę i go przeprosiłam i potem było na odwrót – zamiast tłumaczyć, żeby mnie nie dotykał to prosiłam, żeby mnie przytulił.
Ja się wcale nie dziwię, że faceci nie rozumieją kobiet po takim wieczorze, najpierw odgania a potem prosi żeby ją przytulił. Z drugiej jednak strony, gdybym tego nie zrobiła to rano by wstał obrażony, że WREDNA (ale kochana) żonka go tak potraktowała. No więc dla dobra ludzkości żona zmienia zdanie. I kto powiedział że kobieta coś robi BO TAK? Tutaj ewidentnie widać, że kobiety zmieniają zdanie BO żeby mężom się żyło lepiej. Uffff… niezły wywód.
***
Widzieliście parodię Carrey filmu „Black Swan”? Jeśli nie to zerknijcie TUTAJ. Wczoraj moja córa na pytanie, czego uczyli się na tańcach, zademonstrowała podobny repertuar. Łzy pociekły mi z oczu i tylko pluję sobie w brodę, że nie pomyślałam o nagraniu tego cuda. Wszystkie baleriny powinny zobaczyć jak się prawidłowo tańczy „Jezioro Łabędzie”. W razie dużego zainteresowania proszę o stworzenie społecznej listy i zapisy – sami rozumiecie, małe mieszkanie a na korytarzu zmieści się max 20-25 osób w wersji na słup telegraficzny (hm.. czemu przyszedł mi na myśl słup telegraficzny a nie telefoniczny? czyżby ukryte pragnnienie aby wróciły tamte lata?)

Ech życie, mężulek Wężulek siedzi dalej w okopach i specjalnie się nie odzywał od rana, więc pamiętając wcześniejsze akcje wczoraj specjalnie go omijałam. No ale im dłużej on siedzi w okopach (lub jak mówią psycholodzy = w jaskini) tym bardziej mnie krew zalewa, że mnie ignoruje. Kurcze Bóg to naprawdę dobrze pomyślał, że złączył kobietę z mężczyzną. Dzięki temu jest przynajmniej ciekawie w życiu bo nie da się żyć razem bez konfliktów.
Ok… starałam się jak mogłam być miła ale bez żadnych fajerwerków (czyli w moim przypadku lekko oschła) udając, że mi nie zależy. W środku miałam totalny wulkan emocjonalny i gdybym rano robiła sobie śniadanie to nie wiadomo, gdzie by trafiły rzucone przeze mnie talerze. Na szczęście tą przyjemność zostawiam sobie na pierwsze minuty pracy, więc talerze ocalały.

Pierwszy telefon w tym dniu od mężulka. Nerwy mnie ponoszą, że mnie o coś pyta ale nie daję po sobie znać, ton zwisający i krótkie odpowiedzi to motto mojego dnia. Drugi telefon, jeszcze krótsza rozmowa, a po powrocie do domu mam ochotę do niego podejść, złapać za ramiona, wytrząsnąć i zapytać:
- Jak długo będziesz mnie ignorował? (czyli ile jeszcze bawimy się w jaskiniowców, kapujesz?)
Nawet dzieciaki zauważyły zmianę, rano nikt nie wywalał na siłę z łóżka a matka nie przywitała taty wesołym:
- Nooo cześć M.

No ale nic, mężulek przełknął zniewagę której się wczoraj raczyłam dopuścić, do jego komórek mózgowych trafiły w końcu moje przeprosiny (mężczyzna to niezwykle precyzyjny układ scalony, zobaczcie ile ta wiadomość krążyła po jego obwodach zanim w końcu trafiła w odpowiednie miejsce… od wczoraj 6 rano do dziiejszej godziny 18….. to lepsze niż najsilniejszy komputer Polski) więc raczył okazać swojej żonie litość i zezwolić, aby wszystko wróciło do normy. Cóż za łaskawość w obliczu TAKIEJ zniewagi…. czuję się zaszczycona.

W ramach przeprosin były lody co dzieciaki skwitowały pytaniem (poniekąd retorycznym):
- Lody w środku zimy?
Na co niżej podpisana odpowiedziała (również retorycznie nie oczekując reakcji):
- to przeprosiny za ostatnie dwa dni…
W jednej chwili mężulek oczywiście oburzony odrzekł:
- Ja nie mam za co przepraszać, nie czuję się niczemu winny.
Już miałam coś na języku ale raczyłam odpowiedzieć tylko:
- Tak tak, ja i tak swoje wiem, to są przeprosiny bo jeśli nie to nic się nie zmienia.
Ech… chyba lubię być żoną. Tylko czemu to takie czasami trudne co?


  • RSS