Dziś Mateusz się zwierzył że będzie miał pierwszą kartkówkę z angielskiego. Matka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i przysiąść z synem aby nauczyć go porządnie, jak się trzeba uczyć angielskiego (w końcu ile godzin na tym spędziła to już inna kwestia). No i tu trafiliśmy na poważny opór materiału.
Oto kolejne etapy naszej nauki:
- najpierw próba negocjacji aby przełożyć tą chwilę na środę (czyli zyskać 2 dni wolnego)
- potem okres opłakiwania bajki gdy okazało się, że nie da się tego nauczyć i jeszcze oglądnąć TV
- etap lamentu nad ilością słów (dla zobrazowania dodam że chodzi o dni tygodnia – poprawne wymawianie oraz napisanie)
- chwila zwątpienia nad ciągłą walką z matką (dodam że słownictwo pojawiające się w tamtej chwili w głowie mojego dziecka nie nadawałoby się napewno na ten blog, gdyby słowa mogły zabijać padłabym dawno martwa)
- kolejny etap to zalanie się łzami i to literalnie bo kartka była mokra po tym jak kazałam dziecku przepisać każde słówko 10 razy. Wg Mateusza miało mu to zająć conajmniej do rana
- etap zwątpienia i na koniec biała flaga na maszcie!
Okazało się, że wystarczy przepisać słówka tylko po 4 razy i nawet weszły do głowy.
Na koniec prawie godzinnej batalii językowej dziecko przytuliło się do mnie a potem poszło się pochwalić tacie co opanowało.
Liczę, że nauka miesięcy pójdzie już łatwiej, bo jeśli nie, to muszę sobie kupić RedBulla i łyknąć go z jakąś wódką – to nie jest na moje nerwy, kochani!