anulaaa blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: rodzina

Muppety

1 komentarz

Ostatnio przypomniały nam się stare dobre czasy, kiedy w TV leciały Muppety. Mężulek wygrzebał kilka odcinków w internecie na youtube, żeby przybliżyć naszym dzieciakom bajki, na których wychowaliśmy się my – wcześniejsze pokolenie.
Wczoraj włączyliśmy na komputerze pierwszy odcinek i oto co zauważyliśmy: Mati łapał już większość dowcipów chociaż cięte puenty i aluzje zostały zupełnie niewyłapane, Karolina zupełnie nie była w stanie zrozumieć Muppetów i potwornie jęczała, że jej się nie podoba.
Z drugiej jednak strony dochodzę do wniosku, że muppety to świetna metoda na Karolinę, aby ćwiczyła przy oglądaniu. A czemu? Ilość pozycji, które wczoraj przyjmowała podczas oglądania bajki była zadziwiająca – łącznie z pozycją leżenia na plecach ze spuszczoną z łóżka głową (czyli oglądamy bajkę do góry nogami). Ciekawa jestem czy dziecko myślało, że taka pozycja spowoduje większe zrozumienie oglądanych treści?
Po raz kolejny spostrzegliśmy z mężulkiem, że nasze dzieci nie odpuszczą niczego w TV, jeśli mają zgodę na oglądanie. Karolina nudziła się jak mops, ale było to nie do pomyślenia, aby odejść od telewizora i nie oglądać. Ona miałaby sobie odpuścić, jeśli Mateusz oglądał bajkę? Co to, to nie! Mateusz też potrafi oglądać byle co, wystarczy tylko że ekran będzie w miarę często migał i to wystarczy.

psy

Brak komentarzy

Już dwa razy moje dzieci opiekowały się znajomym pieskiem. Piesek był bezproblemowy, w miarę grzeczny i całkiem miły jeśli chodzi o chęć do zabawy. Mateusz bardzo przejął się nową rolą i muszę przyznać, że gdybym brała pod uwagę rozbudowowanie naszej rodziny (nie, nie, tutaj nie chodzi o nowego dzidziusia), nie wahałabym się długo nad tym, czy dziecko może podjąć takie zobowiązanie. Dzięki psu Mateusz zaczął szybciej wstawać z rana (bez jęczenia – juppi!), mimo brzydkiej pogody czuł się się w obowiązku wyjść z psem na spacer i nie jęczał pod domofonem jak mu mężulek kazał zrobić jeszcze jedno kółko z psem wokół bloku.
Mam jednak sporo spostrzeżeń, które mnie jeszcze mocniej utwierdzają w przekonaniu, że pies nie nadaje się do mieszkania w bloku:
- trawniki wokół bloków to jedna wielka toaleta, nie liczyłam ile razy musiałam czyścić buty dzieciom z kup
- większość właścicieli nie „zniży” się do poziomu traFki żeby wysprzątać po swoim psie (tutaj muszę się przyznać że mnie też ze dwa razy zapomniało się zabrać reklamówki, potem jednak wszyscy pilnowaliśmy tego obowiązku)
- pies musi wychodzić regularnie na dwór, raz zdarzyło się nam, że pies o swojej godzinie nie wyszedł, kiedy wróciliśmy do domu pies już prawie sikał po nogach. Jeśli wszyscy w domu pracują i nie wyprowadzają psa w okolicy południa to uważam to za męczenie zwierzęcia. My chodzimy do toalety co parę godzin a pies ma wytrzymać bez wyjścia na dwór 8h? to może nie dawajmy mu picia, żeby mu było łatwiej….
Reasumując – nadal jestem przeciwna posiadaniu psa w bloku w sytuacji gdy oboje pracujemy. Może kiedyś ta sytuacja się zmieni ale na chwilę obecną chciałabym bardzo aby ludzie, którzy zastanawiają się nad kupnem psiaka przemyśleli czy tak naprawdę chcą podjąć się tego POWAŻNEGO zobowiązania.   

Z ciekawością przyglądam się ostatnio ogłoszeniom o pracę. Widzę różne nowe trendy pojawiające się w naszym społeczeństwie, które nie bardzo mi się podobają. Kilka rzeczy jest wyjątkowo uderzających w godność człowieka i chciałabym się tutaj im publicznie sprzeciwić:

1. Wolontariat. Za czasów mojej młodości (matko, jak to brzmi, tylko nie przyjmijcie że mam jakieś 50 lat, bo się podłamię) była to forma pomocy w różnego rodzaju fundacjach. Fajna sprawa, można wiele było się nauczyć i zrozumieć poprzez pracę na rzecz drugiego człowieka. Teraz co chwilę natykam się na ogłoszenia: przyjmę do pracy biurowej na zasadzie wolontariatu…. Co to za wolontariat jeśli pracuję nie jako pomoc dla drugiej osoby tylko jako zwykły pracownik wykorzystywany przez daną firmę? To bardzo nie fair. Firmy wykorzystują fakt, że jest dużo młodych bezrobotnych ludzi i może ktoś pomyśli sobie:
- Pójdę do nich, popracuję sobie przez 3 miechy i potem może mnie przyjmą?
A prawda jest taka, że po 3 miesiącach taka osoba jest wymieniana na „nówkę – wolontariuszkę”. I od początku zaczynamy błędne koło

2. Bezplatny staż. No tak, to sprawa podobna jak wolontariat tyle, ze popularna już od paru lat a teraz zaczyna być coraz bardziej rozpowszechniona. Rozumiem, że duże firmy za bezpłatną praktykę pozwalają młodym ludziom zajrzeć do ich firmy. To dla mnie zupełnie zrozumiałe i sama kilka lat temu w jednej firmie to zaproponowałam (potem okazało się, że dzięki mojemu pomysłowi wszyscy pracownicy na umowach zostali zastąpieni właśnie bezpłatnymi stażystami – ale kto mógł wiedzieć). Nie potrafię jednak zrozumieć małych firemek, które chcą się „odpychać” stażystami po to, aby nie płacić za regularną pracę w sekretariacie czy przy prostych pracach biurowych. Na tym cierpi wizerunek firmy, bo nikt nie może być uznawany za profesjonalistę jeśli w sekretariacie siedzi dziewczątko które myli skaner z faksem.

3. Ogłoszenia na asystentkę czy sekretarkę czy też nawet managera z zastrzeżeniem, że rozpatrywane będą tylko te zgłoszenia, które zawierają zdjęcie PEŁNEJ sylwetki. No tutaj ktoś już nieźle „popłynął” z wyobraźnią. Jestem w stanie zrozumieć takie ogłoszenie na hostessę czy sekretarkę w agencji modelek a gdzie cała reszta? To poniżające że ktoś miałby decydować o przyjęciu dziewczyny do pracy nie dlatego, że ma do tego kwalifikacje ale dlatego, że ma odpowiednio długie nogi i kusą spódniczkę na zdjęciu.

4. Ogłoszenia na „osobistą” asystentkę która nie boi się pracować w nadgodzinach i umilać czas swojemu szefowi. Takich ogłoszeń widziałam ostatnio już parę i aż dziw bierze, że ktoś ma tyle czelności aby takie ogłoszenia umieszczać na dużych portalach internetowych. To już zakrawa na ogłoszenie o sponsoring.

Ciężko w obecnym świecie trafić na normalne ogłoszenie o pracę. Czy praca 8 godzin na dzień, w normalnych warunkach i za godną pensję to już mrzonki?   

Ciekawe powroty

1 komentarz

Wakacje dawno się skończyły a ja zaczęłam kolejny etap swojego życia rodzinnego i osobistego. Co takiego się zdarzyło? Oj wiele rzeczy ale może o niektórych choć napomknę.
Mój pierworodny syn poszedł do trzeciej klasy. To jakaś masakra – można by to skomentować. Młody ma taki opór przed lekcjami, że wołami trzeba go zaciągać. Matka jednak postawiła sobie za punkt honoru nauczenie go porządnie podstaw języka angielskiego. Skutek? Siedzimy sobie nad angielskim trzy razy w tygodniu po pół godziny. Może to nie jest dużo, ale efekty już widać. Mateusz zaczyna bardziej kumać, wreszcie wie jak odpowiedzieć na pytanie i dlaczego akurat tak a nie inaczej się pytam.
Nie podoba mi się to co nauczyciele zrobili z nauczaniem angielskiego. Może i dziecko osłuchuje się z językiem od pierwszej klasy, ale co z tego, że umie po angielsku różne owady jeśli nie umie podstawowych zwrotów w obcym języku. Tak to mój syn spędził dwa lata ucząc się głupkowatych i nieprzydatnych słów (na przykład – patyczak) a nie umiał powiedzieć: I am a boy. What is it lub innych.
Przekonanie dziecka, że matka może mieć rację to Syzyfowa praca i każdy, kto się za to zabiera powinien od razu dostać Medal za waleczność.

Nasza córeczka z aniołka (z małymi różkami) zrobiła się pyskatym aniołkiem. Jej ulubione hasło to: No ej! (w sumie lepsze niż niektóre teksty „puszczane” przez rówieśników ale i tak wkurzające). Do tego rozwinęła umiejętność używania takich dźwięków w rozmowie (czyt. pyskówce) z bratem, że działają na rodziców jak gwizdek na psa. Niby prawie nic nie słychać ale słowa po prostu świdrują czaszkę i doprowadzają do wściekłości dorosłe osoby. Znaleźliśmy na to metodę (jak na razie skuteczną) – każde dziecko musi bawić się w pokoju. Efektem tego jest bombardowanie nas dwiema rodzajami muzyki czyli na przykład Arka Noego i kolędy (taa. wiem, niby początek jesieni a my już kolędujemy). Mieszanka wybuchowa – mówię wam.

Na wakacjach wraz z mężem postanowiliśmy o rocznej abstynencji od alkoholu. Dla osób niezwiązanych z ruchem Domowego Kościoła to zupełnie niezrozumiałe postanowienie, bo po co sobie odmawiać czegoś, od czego nie jesteśmy uzależnieni? Nie będę tłumaczyć naszych powodów bo to nie miejsce i czas. Czuję jednak, że odmawianie sobie czegoś, co lubię, bez czego nie było spotkania z przyjaciółmi czyni mnie silniejszą. Niby człowiek nie ma z tym problemu, ale jeśli pomyśli chwilę to znajdą się głupie rzeczy czy słowa które wypowiedzieliśmy pod wpływem alkoholu. W związku z tym w tym roku nie robimy wina – nasze zeszłoroczne winko będzie miało czas dojrzeć przez następne miesiące.

Przyglądając się rynkowi pracy w Polsce dochodzę do wniosku, że jest coraz gorzej. Wymagania z kosmosu, wiek poniżej 30, najlepiej podpisać lojalkę o tym, że nie zajdzie się w ciążę. Ostatnio zaczynają się pojawiać jeszcze oferty na ” bardzo osobiste asystentki”. Tutaj nie jest ważne co masz w głowie ale to co masz w tali i biuście. Dość prymitywny sposób szukania sobie kogoś na samotne wieczory. A najgorsze jest to, że sytuacja w której młodzi ludzie się aktualnie znajdują powoduje, że część dziewczyn napewno na takie anonse odpowie. Czy godna praca to już fikcja w naszej rzeczywistości? Czy każdy z nas musi się dostosować do tego wyścigu szczurów a jak nie to wynocha z naszej bajki?

Jeśli człowiek bardziej przyjrzy się swojemu życiu okazuje się, że ciekawe zależności można odkryć. Ostatnio doszłam do bardzo „konstruktywnego” wniosku, że po użyciu kremu do rąk od razu człowiekowi chce się iść do toalety. Tam przecież trzeba umyć ręce więc krem po 5 min zostaje spłukany. Czyżby firmy kosmetyczne dodawały środek moczopędny do swoich kremów aby ludzie ich więcej używali? Na to wygląda – ciekawa teoria spiskowa.
***
Przeprowdziłam ciekawy eksperyment – obcięłam grzywkę córeczce używając nożyczek dla osób praworęcznych. No cóż… grzywka pewnie odrośnie za jakąś chwilę a ja wiem na 100% że należy kupić nowe nożyczki. Ciekawe czy ktoś wymyślił wersję dla oburęcznych? Nota bene co to za pomysł aby narzucać ludziom używanie prawej ręki. Mnie tam się lewa ręka podoba, rodzice całe dzieciństwo mnie poprawiali, abym używała prawej ręki a ja w ramach buntu na studiach zaczęłam nosić zegarek na prawiej. Teraz już wiem, że lewa ręka jest sprawniejsza pomimo faktu, że piszę jednak prawą ręką. Leworęczni górą! Problem pojawia się, gdy chcę coś pokazać moim dzieciom (np krojenie czy trzymanie czegoś) a niestaty robię to właśnie lewą ręką. Dzieciaki są praworęczne więc pojawia się dylemat czy naśladować mnie czy też stosować obraz lustrzany (czego Karola nie bardzo umie zrobić).   

Dialogi dzieci przy śniadaniu potrafią doprowadzić co zachłyśnięcia się piciem.
Dzisiaj rano, dzieciaki wcinają kanapki a ja tłumaczę Młodemu gdzie znajduje się zegarmistrz:
- w ciągu sklepów, za panią Basią, no wiesz, przed ciocią Grażynką.
Młody myśli i mówi:
- a gdzie jest ciocia Grażynka?
Na co Karolinka wtrąca się:
- nie wiesz gdzie jest ciocia Grażynka? ona jest kosmetuszką (czyt. kosmetyczką).
No i wszystko jasne. Mateusz wyjaśnił siostrze że nie ma takiego słowa na co Karolina dostała głupawki. Coś mam podejrzenia, że to słowo wejdzie do naszego domowego słownika, tak jak wcześniejsza „szefcia”
***
Obowiązki – to chyba słowo TABU w dziecięcym języku. Dzieci dostają ataku migreny, wysypki oraz drgawek na to słowo więc chyba jednak coś wt ym musi być. Mateusz powoli przyzwyczaja się (jakby na to nie spojrzeć formatujemy go od momentu gdy był kumaty) na co Karola staje „okoniem” i stara się wyjaśnić rodzicom, że objawy alergiczne których od razu dostaje (przede wszystkim uwiąd w nogach) uniemożliwiają jej wykonanie zadania.
A może my za dużo wymagamy? Mateusz z Karolinką wyrzucają przesortowane śmieci (tzn Karola tylko w tym asystuje bo kosz jest za wysoki). Dzieci muszą utrzymywać porządek w swoich zabawkach (tzn powciskać na siłę na swoje półki), raz w tygodniu uczestniczą w „odgruzowywaniu” swojego pokoju. Ostatnio doszedł obowiązek sprzątania po sobie po posiłku (na razie wychodzi nam kiepsko bo Mateusz twierdzi że ma odruch wymiotny jak otwiera zmywarkę) czyli włożenie brudnych naczyń do zmywarki. Pytanie czy ja jestem służącą dzieciaków, które jak nie mają ochoty to nie pomagają? Zresztą czy są takie dzieci które z własnej inicjatywy chętnie pomogą kosztem swojego wolnego czasu? Chyba w bajkach lub we snach.
***
Patrzę przez okno i zastanawiam się, czy to napewno lipiec. Dwa dni temu nie wyszłabym z domu bez długiego rękawa a dziś znowu pochmurno i zbiera się na konkretny deszcz. Oglądam długoterminowe prognozy i zastanawiam się, jak my przeżyjemy taką pogodę na campingu. W chwili słabości kupiłam młodemu kalosze (to przecież niezbędny produkt na wakacjach co nie) bojąc się że na dobre utkniemy w przyczepie. Dzięki temu chociaż dziecko będzie wychodziło robić zakupy i donosząc spragnionym rodzicielom picie. My będziemy leżeć plackiem, patrzeć w sufit i sluchać dudniącego deszczu – już się cieszę.
***
W ramach przygotowania do wyjazdu wakacyjnego mój syn powróciwszy z wyjazdu w górach już na wejściu (nawet bez przywitania się ) zapytał mnie wprost:
- Mamo, nie będziesz się gniewać?
oooo.. poważna sprawa… zaczynam się bać wyobrażając sobie że moje dziecko zgubiło legitymację uczniowską, książeczkę zdrowia dziecka oraz cały bagaż (plecaka nie wliczam, bo go miał na sobie).
- Noooo nieeeee (chyba).
- No bo zgubiłem kurtkę!
To ci los. Akurat w połowie sezonu młody gubi kurtkę przeciwdeszczową! Uwielbiam te klimaty. Po wypakowaniu torby do strat doliczyłam jeszcze spodnie od piżamy.
Ale za to wzbogaciłam się o zapinkę z napisem SZCZYRK! Syn mimo naszych próśb o nierobienie nam prezentów postanowił kupić nam pamiątkę ze swojego wyjazdu. Teraz zastanawiam się, gdzie to przypiąć – może mężowi do garnituru? Byłoby bardzo gustownie. A najgorsze jest to, że muszę to gdzieś upiąć bo Mateuszowi będzie przykro. Kurka, to trudniejsze niż przygotowanie dwudaniowego obiadu!
Muszę poważnie zastanowić się, gdzie wysłać młodego na kolejny wyjazd – z gór mamy już:
- drewniane serduszko z napisem „Od dzieci dla rodziców” (już wisi w przedpokoju)
- drewienko z jakimś motywem wygrawerowanym na środku (wisi obok serduszka)
- drugie drewienko (po jednym dla rodzica) które czeka na swój dzień zawieszania
- no i ostatni nabytek czyli PTTKowska zawieszka ze Szczyrku Nota bene uważam, że 9 PLN za coś takiego to lekka przesada!

Cisza?

1 komentarz

W naszym świecie cisza jest produktem reglamentowanym. Trudno ją spotkać, no może w kościele gdzie jest raczej porządana. Ludzie nie lubią ciszy, młodzież wychodząc z domu zakłada słuchawki na uszy, jadąc tramwajem ogłusza się gośną muzyką. Nie ma chwili wytchnienia dla naszego umysłu, człowiek tak przyzwyczaja się do ciągłego bombardowania się dźwiękami, że cisza staje się nie do zniesienia.
A ja lubię ciszę, wtedy słyszę w końcu swoje myśli a to że ” marnuję” czas drogi na rowerze, bo nie słucham w tym czasie muzyki, zupełnie mnie nie drażni.
Cisza pozwala zajrzeć w swoje uczucia, emocje, zdefiniować co tak naprawdę dzieje w naszej głowie. Bez ciszy człowiek staje się emocjonalnym analfabetą, bo nie umie nazwać tego jak się czuje. Ludzie lubią być na dźwiękowaym chaju, bez niego głowa zaczyna boleć, w uszach pojawia się nieznajomy szum lub gwizd i nic więcej – a gdzie decybele do ktorych tak się przyzwyczailiśmy?
Oczywiście że ja też ulegam tej modzie na muzykę, lubię ją sobie włączyć gdy coś robię w domu jednak dbam o to, aby nie przesłoniła mi ona mojego prawdziwego świata wewnętrznego, który jest ważniejszy od najnowszej płyty Beyonce czy Gagi. Uważam, że młodzież musi dojrzeć do tego by dostać własne słuchawki, bo inaczej jej rozwój emocjonalny zostanie zahamowany. Nie można sięgać do swojego wnętrza gdy przez uszy wlewają się takie dźwięki, że osoba stojąca kilka metrów dalej jest w stanie jednoznacznie określić co to za utwór.
Moje motto – decybelom mówimy grzecznie ale stanowczo NIE.   

Wczoraj wybrałam się z córeczką na rowerze do znajomej. Raptem jakieś 2,5 km. Nawet nie wiecie jak kilometry potrafią się mnożyć, gdy dziecko histeryzuje.
Zaczęło się od faktu, że Karola chciała jechać autem a „wredna” matka postanowiła uprzykrzyć jej życie i przejechać się rowerem. Jestem pewna, że na naszym osiedlu zostałam okrzyknięta „Matką Miesiąca” bo moje dziecko tak wyło, ze ludzie przystawali sprawdzając co takiego ja jej robię (a ja tylko prosiłam by pedałowała).

Potem doszedł problem świecącego słońca, jednak młoda nie chciała wrócić po okulary twierdząc, że to i tak nie pomoże.
Kolejny problem pojawił się na drugim zakręcie – Karolinie zrobiło się gorąco więc rozwyła się, że chce ubrać bluzę. Moje tłumaczenia, że jak jest gorąco to człowiek się rozbiera a nie ubiera, nie trafiły na podatny grunt.

Przy pierwszym skrzyżowaniu był problem z tym, że drapie ją pod kaskiem a po przejechaniu wiaduktu doszedł największy problem (bo ciągnął się ok 1km) – podnosząca się spódniczka.

Jednak dojechaliśmy, choć chwile załamania trafiały się co kilkaset metrów. I nie uwierzycie, że powrotna droga zajęła nam maksymalnie 10 min w tempie takim, że bałam się iż będę córę zdrapywać z chodnika (chyba postanowiła pobić rekord prędkości zjazdu z górki po kamieniach na 4 kółkach).

Grunt to zasiać ziarno zainteresowania w kierunku jazdy rowerem – w chwili obecnej dla Karolinki jest to najbardziej znienawidzony pojazd, ktorym można się poruszać. Dobrze, że Mati wszedł w okres w którym zaczyna zauważać plusy poruszania się na rowerze. Ostatnio pojechał na pocztę, bo uznał, że droga na piechotę zajmie mu więcej czasu. Niech ja policzę… czyli za jakieś 4 lata nasza córka też polubi rower? Do tego czasu albo moj mężulek osiwieje albo ja – w sumie jemu bardziej by to pasowało.

Jaki komplement może córka powiedzieć własnej matce? Wczoraj się o tym przekonałam na własnej skórze.
Wracałam do domu z Karoliną i jej koleżanką Weroniką.
Weronika popatrzyła na mnie i powiedziała:
- Ładne ma Pani kolczyki.
Na co Karolina z oburzonym wzrokiem najpierw na koleżankę (jak śmiała komplementować jej rodzicielkę) po czym na mnie, od dołu do góry i spowrotem i spuentowała całe zdarzenie:
- Mamiś, ładne masz ubranie……… i nawet ciało masz ładne!
No i chyba nie będę mieć już więcej kompleksów na punkcie swojego wyglądu.
****
Mój pierworodny wyjechał na tydzień w góry. Oczywiście, że za nim tęsknię, oczywiście, że chciałabym się dowiedzieć co słychać, z kim jest w pokoju, jak mu się podoba i czy jest zadowolony. Ale ciągle to za mało, abym czuła potrzebę zaopatrzenia mojego dziecka w komórkę.
Wczoraj rozmawiałam z mamą innego chłopca, z którym Mateusz jest na wyjeździe. Oczywiście M. była bardzo zdziwiona, że mój syn nie jest w posiadaniu komórki, bo to jest nieodzowny gadget na takie wyjazdy. No bo przecież jakby ona mogła do niego nie zadzwonić 5x w ciągu dnia (o ile nie więcej …).
Przypominam sobie czasy moich kolonii i innych wyjazdów. Nie było komórek, nie było możliwości zadzwonienia z budki telefonicznej, pisało się pocztówki lub listy a potem po przyjeździe przez tydzień opowiadało rodzicom jak udał się wyjazd. Teraz wszystko jest wywrócone. Dziecko nie ma możliwości uczestniczenia w swoim wyjeździe tak w 100% bo ciągle czuje wirtualny oddech rodziców. Ci dzwonią co chwilę, pytają czy przebrało skarpetki, czy się ciepło ubiera, pamięta o myciu zębów itd. Trzeba dzieciom pozwolić się usamodzielnić, w końcu wychowawcy mają telefony, jakby coś się działo napewno zadzwonią.
Wychodzę z założenia, że dzieci w tym wieku należy wypuścić i pozwolić im odkryć uroki samodzielności. Bez tego nigdy tak naprawdę nie poczują się za nic odpowiedzialni bo zawsze będą mieć rodziców za swoimi plecami, którzy przypomną im o kluczowych sprawach.
A niech tam, jestem konserwatystką jeśli chodzi o takie sprawy – inni rodzice mogą mnie wytykać palcami, że za mało się przejmuję moim synem a prawda jest taka, że się przejmuję i to bardzo ale wiem, że do jego wzrostu potrzebna jest mu swoboda wyboru i podejmowania decyzji, za które potem sam odpowiada. Niech się uczy na własnych błędach. A ja poczekam tydzień aby o tym wszystkim się dowiedzieć.
***
Wczoraj moja córa stanęła na wysokości zadania i zdała test samodzielności. Młoda pluskała się w brodziku a ja akurat rozmawiałam przez telefon w kuchni. Przychodzę po kilku minutach do łazienki a szczęśliwa Karolinka stoi na podłodze i woła:
- Mamiś, już się ukąpałam i nawet włosy umyłam! zakomunikowała 4,5 latka.
Na włosach piany nie było więc uznałam, że dziewczyna dała radę.
Dzisiaj jednak mam co do tego wątpliwości bo wyszło na jaw że Karolinka pomalowała pomadką włosy swojego kucyka. Wobec tego co może zrobić ze swoimi włosami? Jak pomysł jej może wpaść do głowy? Dobrze, ze lakiery do paznokci są na najwyższej półce w lodówce.. ufff.

W niedzielę wybrałam się z córką do Zoo. Przecież nie będziemy siedzieć w domu jak łosie i udawać, że się dobrze bawimy bez chłopaków. Trzeba było zrobić coś wyjątkowego – czyli wycieczka do naszego Zoo.

Pierwszy szok – Zoo jest dla ludzi bogatych bądź takich, którzy mogą go odwiedzać w ciągu tygodnia. W weekend obowiązują inne stawki i uważam, że są lekko wyśrubowane. No ale dobra, raz się żyje!

Kolejne spostrzeżenie – dzieciaki (byłam ze znajomymi i ich córeczką) nakręcają się wzajemnie przez jakieś 2-3 h. Potem nieodzwone jest noszenie na barana (w końcu byliśmy 4h na nogach). Rower to najfajnieszy wynalazek do Zoo (będę o tym pamiętać następnym razem).

Jakie zwierzę było najbardziej wspominane przez córkę? Nie tygrys (który przeszedł 5 kroków od nas), nie słoń w nowej wybajerowanej słoniarni, żadne tam małpki czy żyrafy. To był…. leniwiec i szczurokangur. Ciekawe połączenie!

Niezbędnik każdego zoo-podróżnika to:
- plastry na zadrapania i zranienia (to bardzo niebezpieczna wyprawa)
- batony energetyczne (w każdej ilości bo dzieci ciągle narzekają na zmęczenie)
- mapka na której zaznaczone są zwierzęta (dobrze żeby najciekawsze były na końcu wtedy ma się marchewkę na dzieci)
- kasa na lody
- czujne oko omijające wszelkie stragany z badziewiem typu kolowe balony czy inne rzucane po chwili zabawki   


  • RSS