W niedzielę wybrałam się z córką do Zoo. Przecież nie będziemy siedzieć w domu jak łosie i udawać, że się dobrze bawimy bez chłopaków. Trzeba było zrobić coś wyjątkowego – czyli wycieczka do naszego Zoo.

Pierwszy szok – Zoo jest dla ludzi bogatych bądź takich, którzy mogą go odwiedzać w ciągu tygodnia. W weekend obowiązują inne stawki i uważam, że są lekko wyśrubowane. No ale dobra, raz się żyje!

Kolejne spostrzeżenie – dzieciaki (byłam ze znajomymi i ich córeczką) nakręcają się wzajemnie przez jakieś 2-3 h. Potem nieodzwone jest noszenie na barana (w końcu byliśmy 4h na nogach). Rower to najfajnieszy wynalazek do Zoo (będę o tym pamiętać następnym razem).

Jakie zwierzę było najbardziej wspominane przez córkę? Nie tygrys (który przeszedł 5 kroków od nas), nie słoń w nowej wybajerowanej słoniarni, żadne tam małpki czy żyrafy. To był…. leniwiec i szczurokangur. Ciekawe połączenie!

Niezbędnik każdego zoo-podróżnika to:
- plastry na zadrapania i zranienia (to bardzo niebezpieczna wyprawa)
- batony energetyczne (w każdej ilości bo dzieci ciągle narzekają na zmęczenie)
- mapka na której zaznaczone są zwierzęta (dobrze żeby najciekawsze były na końcu wtedy ma się marchewkę na dzieci)
- kasa na lody
- czujne oko omijające wszelkie stragany z badziewiem typu kolowe balony czy inne rzucane po chwili zabawki